Topory
Toporiada
Złote Topory
Rawa Gra Szanty
Teraz jest 24 sty 2018, 12:41

Strefa czasowa: UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 40 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Earthdawn Kronika Przygód
PostNapisane: 22 sty 2016, 17:06 
Offline
Hamierykański tomahawek
Hamierykański tomahawek
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 08 lut 2015, 23:13
Posty: 139
Lokalizacja: Buczek, gmina Poświętne n. Pilicą
Polubił post: 2 razy
Polubiono jego post: 27 razy
Ale wszystko? Czy ostatni wpis ;-)

_________________
Becouse, realy, kill it with fire should be Your first reaction to a problem!

Zapraszam na mojego bloga: https://aurayablog.wordpress.com/


Góra
  Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Earthdawn Kronika Przygód
PostNapisane: 02 lut 2016, 14:00 
Offline
Hamierykański tomahawek
Hamierykański tomahawek
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 08 lut 2015, 23:13
Posty: 139
Lokalizacja: Buczek, gmina Poświętne n. Pilicą
Polubił post: 2 razy
Polubiono jego post: 27 razy
Tajemnica perłowej kuli

Salazar przepchnął się między mną i Miriel, wołając „Gdzie idziecie beze mnie?!” i poleciał w dół za Durgolem i Amarinem. Już po chwili wszyscy trzej panowie zwolnili i zaczęli przestępować z nogi na nogę.

„Ciepławo trochę.” – dobiegł nas głos Durgola.

Miriel, niewiele myśląc, dmuchnęła na powierzchnię skały, tworząc lodową ścieżkę na sam dół, prosto do kuli. Panowie weszli na chłodną powierzchnię i, dużo ostrożniej, zsunęli się do przedmiotu. Przez chwilę oglądali go uważnie, po czym Amarin popchnął go lekko a widząc, że ustępuje bez oporu postanowił wypchnąć go na górę krateru. Tyle, że nie przewidział, że nagłe zetknięcie dużej powierzchni ciepłej kuli z lodowatą ścieżką, którą zrobiła Miriel spowoduje gwałtowne pęknięcie dziwnej bańki. Kula trzasnęła i ochlapała Amarina lepką substacją, mieniącą się w świetle wszystkimi kolorami tęczy. Salazar i Durgol w porę odskoczyli uniknąwszy ubrudzenia. Myślałam, że to co się stało wystarczy Amarinowi ale nie, elf najpierw nabrał nieco cieczy na palec i… spróbował! a potem nabrał jej do manierki a w torbie upchnął jeszcze kawałki skorupy. Całe wnętrze kuli okazało się być wypełnione po brzegi niezwykłą substancją.

„Pomogę im.” – oznajmiła Miriel i ruszyła na dół.

Nagle Hator zaczęła węszyć niespokojnie. Przejęłam jej węch i skupiłam się na otoczeniu. Wyczułam zwierzęta, dużo zwierząt, zbliżały się szybko z naprzeciwka. Poczułam na skórze pierwsze krople deszczu. Spojrzałam w niebo. Błyskawicznie zasnuwały je burzowe chmury.

„Wynoście się stamtąd.” – krzyknęłam na dół. – „Zbliża się dużo zwierząt.”

Jedynie Salazar posłuchał mnie od razu i zaczął się wycofywać. Na krawędzi krateru, naprzeciwko nas, dostrzegłam pierwsze sylwetki między drzewami. Burzowe wilki. Poznałam je od razu.

„Uciekajcie.” – krzyknęłam.

Pierwsze wilki rzuciły się pędem w dół. Wreszcie moi towarzysze zrozumieli zagrożenie i, nie zwlekając, zaczęli opuszczać krater. Niestety Miriel nie poszło to najlepiej, straciła równowagę, zsunęła się i uderzyła w kulę. Durgol wrócił się po nią i pomógł jej wstać. Wilki dopadły do kuli i zaczęły ją gryźć i drapać, jakby próbowały ją zniszczyć.

Wspólnymi siłami wyciągnęliśmy Miriel i Durgola i ukryliśmy się między drzewami. Nie potrafiłam oderwać wzroku od wilków. Poprosiłam resztę żebyśmy chwilę poobserwowali stworzenia. Fascynowały mnie i przyciągały swoją magią, swoją niezwykłością. Patrzyłam jak urzeczona. W pewnej chwili największy basior, najwyraźniej ich przewodnik, podniósł łeb i zaczął wyć. Potężna błyskawica spadła z nieba w kierunku kuli. Chybiła, wypalając kawałek skały tuż obok. Nagle basior zwrócił głowę w naszą stronę i zaczął węszyć. Miałam wrażenie, że spojrzał mi prosto w oczy.

„Uciekajmy.” – zarządziłam i zaczęłam się wycofywać. Wilk ruszył w naszą stronę, kilku jego pobratymców poszło w jego ślady.

Widząc to Durgol błyskawicznie wdrapał się na drzewo a Amatin rzucił do ucieczki. Pognałam za nim, przywołując zwierzęta, i popędzając resztę. Dopiero po kilkudziesięciu metrach zorientowałam się, że Miriel i Salazar zostali w tyle. Wyhamowałam gwałtownie zatrzymując Amarina. Odwróciłam się akurat w chwili, kiedy potężna błyskawica uderzyła prosto w Miriel. Elfka padła na ziemię. Szczęściem Salazar jest równie szalony jak reszta jego tskrandzkich braci. Niemalże w biegu chwycił leżącą Miriel, rozpędził się, chwycił jedną z lian i z gracją godną najlepszego cyrkowego akrobaty frunął pomiędzy konarami drzew. Zrobił to tak błyskawicznie, że już po chwili wylądował przed nami.

Wilki wciąż biegły więc ruszyliśmy w dżunglę. Po długiej chwili szalonego biegu, kiedy nawet ja poczułam jak dyszę ze zmęczenia, zatrzymaliśmy się na chwilę.

„Co to za dziwne wilki.” – wysapała Miriel wciąż przytrzymując się Salazara, blada i ledwo żywa.

„Burzowe wilki. To nie są zwykłe zwierzęta. To stworzenia magiczne. One…” – zawahałam się zerkając na Amarina. – „One tropią zło. Legendy głoszą, że są darem samej Jaspree.” – dostrzegłam w oczach elfa, że zrozumiał co chciałam powiedzieć. Historie, które słyszałam o burzowych wilkach, mówiły, że tropią i niszczą Horrory i ich konstrukty. W takim razie ta kula…

„Amarin.” – zwróciłam się do Ksenomanty. – „Rozbieraj się. Wylej wszystko z tej manierki, wyrzuć ją. I resztki skorupy. Masz.” – podałam mu wodę. – „Umyj się na tyle, na ile się da inaczej nie przestaną nas tropić.”

Elf błyskawicznie pozbył się płaszcza i pozostałych rzeczy, obmył się. Nagle usłyszeliśmy dziwne dźwięki. Coś przedzierało się w naszą stronę sapiąc i stękając. Przygotowaliśmy się już do ucieczki, gdy z krzaków wypadł zziajany Durgol.

„Uciekajmy!” – krzyknął. – „Musimy się tego pozbyć! Wyrzucić! Będą nas gonić! Musimy uciekać!”

„Spokojnie.” – uciszyłam nieco krasnoluda. – „Nie krzycz. Amarin już się wszystkiego pozbył. Ruszajmy.”

Podtrzymując osłabioną Miriel ruszyliśmy ostrożnie na poprzedni szlak.
Teren zaczął się zmieniać. Powoli wokoło nas pojawiały się bagniska. Kolory jakby przyblakły a ścieżka robiła się coraz węższa. Wkrótce bezpiecznie można było chodzić tylko tak, jak prowadził twardy szlak. Czas mijał a miejsca na nocleg nie było widać. Wreszcie, gdy zrobiło się niemal całkowicie ciemno dostrzegłam niewielki cypel ze sporym drzewem pośrodku. Sprawdziłam go dokładnie. Jedyne, co odkryłam to dziupla ze stadkiem węży u podstaw drzewa. Wyznaczyłam drużynie bezpieczne miejsce na nocleg a dla węży zwinęłam swój płaszcz i położyłam w pobliżu ogniska, żeby mogły się w niego wsunąć i ogrzać, nie włażąc nam do butów czy pod płaszcze.

Noc mijała spokojnie. No, poza jednym momentem, kiedy Miriel zaniepokoiły potępieńcze jęki dochodzące z głębi bagniska. Od razu zorientowałam się, że to tylko nury, zupełnie nie groźne ptaki, więc uspokojeni poszliśmy spać dalej.
Kolejny dzień do złudzenia przypominał poprzedni wieczór. Monotonia bagien nie była tak urzekająca jak barwy poprzedniej części dżungli. Wody było coraz więcej i zaczęły się na niej pojawiać ogromne kręgi, które kazały się domyślać obecności aligatorów. Zadowolona Hator przytaszczyła z polowania młodego tapira. Sprawnie wykroiłam najlepsze części mięsa i zawinęłam w liście, żeby je później upiec, co spotkało się ze sprzeciwem Amarina. Elf mruczał coś, że oprawianie mięsa będzie trwało wieki, ale jak jakiś czas później, kiedy dostrzegliśmy gigantyczne żółwie w rozlewisku wody, zażyczył sobie, żebym upolowała jednego i zrobiła z niego zupę… Doprawdy Dawcy Imion spoza dżungli mają niesamowicie dziwne podejście do kwestii polowania, oprawiania mięsa i czasu, który jest na to wszystko potrzebny.

Myślałam już, że znów czeka nas nocleg w dżungli gdy Hator zatrzymała się i warknęła. Powstrzymałam resztę. Zatrzymali się. Zapożyczyłam zmysł kotki. Od razu wyczułam zwierzę, jedno, i coś jeszcze.

„Poczekajcie chwilę. Sprawdzę.” – poprosiłam.

Przywołałam swoją magię, by wyciszyła moje kroki, i ruszyłam ostrożnie przed siebie. Niedaleko od nas, pod niewielkim drzewem, stał ludzki chłopak, u jego stóp leżała młoda elfka zaś ponad nimi stał potężny aligator. Bestia zdecydowanie nie wyglądała naturalnie. Była kilkakrotnie większa niż normalne aligatory zaś przednie łapy miała szeroko rozstawione. Chłopak, jakąś prymitywną dzidą, próbował się bronić przed zwierzęciem, które zdecydowanie miało ochotę urządzić sobie z niego przekąskę.

„Miriel szybko!” – krzyknęłam i bez namysłu rzuciłam się do zwierzęcia.

Chciałam nad nim zapanować, ale mój krzyk nie zwrócił jego uwagi i nie spojrzał na mnie, wciąż skupiając się na pierwotnej ofierze. Zmieniłam więc zdanie, wysunęłam pazury i przeorałam skórę stwora. Pancerz miał wytrzymały jak nic innego, z czym miałam wcześniej do czynienia, mimo to magia pomogła mi i pazury głęboko wbiły się między łuski. Aligator ryknął i odwinął się ogonem. Nie zdążyłam odskoczyć. Uderzenie rzuciło mnie na ziemię baz tchu, ale osiągnęłam cel, zwierzak odwrócił się do mnie zostawiając bezbronne ofiary.

Nie miałam jednak szansy przejąć zwierzaka, bo dopiero co ocalony chłopak postanowił się odwdzięczyć w najgłupszy sposób jaki przyszedł mu do głowy i rzucił się na ogon aligatora obejmując go ramionami. Zwierzak bez trudu cisnął nim w krzaki ale znów się ode mnie odwrócił. Usłyszałam za plecami szybkie kroki mojej drużyny. Salzar zaatakował błyskawicznie. Wściekły aligator oddał mi i zobaczyłam jak t’skrang pada na ziemię. Podniosłam się z trudem. Zaatakowałam pazurami znów mocno raniąc zwierzę. Po raz kolejny odwrócił się do mnie i posłał mnie na ziemię jednym ciosem, ale tym razem nie odwrócił się. Miałam tylko jedną szansę. Nawet nie wstając wyciągnęłam dłoń.

„Odejdź!” – krzyknęłam.

Aligator zamarł na chwilę. Powstrzymałam chłopaka, który leciał z powrotem do zwierzęcia z tą swoją cieniutką dzidą. Aligator powoli, majestatycznie, wycofał się na bagna i zniknął w wodzie. Ulżyło mi. Wciąż leżąc na ziemi przywołałam Hator żeby wylizała moje rany.

Tymczasem Durgol zbadał młodą elfkę. Okazało się, że dziewczyna dostała ogonem i ma połamane żebra, ale nic więcej jej się nie stało. Zalecił jednak jak najszybsze zabranie jej do wioski. Opatrzył też Salazara i mnie. Chłopaszek, który przedstawił się jako Jette, był tak podekscytowany niespodziewanym ratunkiem, że buzia mu się nie zamykała, a kiedy Miriel przyznała, że jesteśmy Adeptami, prawie mu oczy wyszły na wierzch z podziwu. Zaprosił nas do wioski mówiąc, że łodzą płynie się zaledwie pół godziny, podczas gdy marsz zajmie nam co najmniej sześć. Zostałam więc z Salazarem na brzegu, bo łódka nie pomieściła by nas wszystkich, a reszta popłynęła.

Czekaliśmy z Salazarem może godzinę, może trochę krócej, gdy przypłynęła po nas, przysłana z wioski, łódka. Okazało się, że w wiosce jesteśmy już bohaterami. Jette zadbał o to, żeby cała okolica dowiedziała się, co zrobiliśmy. Aczkolwiek kiedy tylko odnalazłam Miriel i Amarina ci, oczywiście, kłócili się o coś.

„W końcu Cię kiedyś będę musiała zabić.” – warknęła elfka.

„Świetnie.” – Amarin zdawał się nie poruszony zupełnie tą groźbą. – „Wskrzeszę się i powiem Ci co zrobiłaś źle.”

Elfka odeszła żwawym krokiem.

„Można ją jakoś oswoić?” – spytała mnie Ksenomanta.

„Nie wiem.” – wzruszyłam ramionami. – „Ty jesteś elfem. Spróbuj.”

„O nie, nie!” – zaprotestował. – „To ja już wolę stawić czoło mojemu mistrzowi. Jest dużo bardziej przewidywalny.”

Zwiedzając wioskę dowiedzieliśmy się, że trafiliśmy na święto. Następnego dnia miało się odbyć święto ku czci Jaspree. Opiekunkę życia darzono tutaj szczególnym szacunkiem i gdy przyznałam się, że sama jestem jej Głosicielką, zmieniło się nastawienie Dawców Imion także wobec mnie. Co więcej, wódz, który przedstawił się nam jako Galar Tun, poprosił żebym wygłosiła przemowę na jutrzejszym święcie. Nie powiem żebym była zachwycona tym pomysłem ale cóż, głoszenie chwały Pasji wymaga poświęceń.

Wioskę zamieszkują trzy rasy, ludzie, elfy i krasnoludy. Chętnie odpowiadali na nasze pytania. Dowiedzieliśmy się, że theranie przebywają „u siebie” i nikt tam nie chodzi, a także, że Jette chętnie nas tam zaprowadzi. Przy okazało się, że chłopak jest Adeptem, więc podczas wieczornej rozmowy z nim Miriel wyjaśniła mu co to oznacza, i że musi odejść z wioski, jeśli chce podążyć tą ścieżką. Laurana, jego ukochana elfka, wracała do zdrowia, wieś szykowała się na święto a my, wreszcie, mogliśmy zasnąć spokojnie, bez wart i strachu, że w nocy coś nas zeżre. Tak też zrobiliśmy. Wygodnie ułożeni w izbie wspólnej chaty zapadliśmy w sen.

_________________
Becouse, realy, kill it with fire should be Your first reaction to a problem!

Zapraszam na mojego bloga: https://aurayablog.wordpress.com/


Góra
  Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Earthdawn Kronika Przygód
PostNapisane: 07 mar 2016, 14:36 
Offline
Hamierykański tomahawek
Hamierykański tomahawek
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 08 lut 2015, 23:13
Posty: 139
Lokalizacja: Buczek, gmina Poświętne n. Pilicą
Polubił post: 2 razy
Polubiono jego post: 27 razy
Oto, długo oczekiwany, kolejny odcinek przygód dzielnej drużyny samobójców :P

Wybaczcie, że tak późno - życie.

Ponieważ drużyna się w pewnym momencie rozdzieliła, wstawki pisane kursywą są dziełem Kukiego, Reivera i Huntera. Powstały z ich relacji, co się działo w męskiej części drużyny.

Miłego czytania

Zaskakujący finał święta wioski

Ledwie świt nastał nad wioską a już obudziła nas krzątanina i zapach jedzenia. Wymknęłam się ze wspólnej chaty zaraz po śniadaniu i poszłam obejrzeć uprawy. Bardzo mnie ciekawiło co sadzą mieszkańcy i w jakiej to jest kondycji. W dżungli nie ma zbyt wiele światła a bagnisty teren nie sprzyja uprawie roślin, więc spodziewałam się raczej skromnych plonów. Jakież było moje zdziwienie, kiedy znalazłam poletka pięknych, dorodnych roślin, w dodatku zawierające gatunki, które, wedle mojej wiedzy, rosnąć tutaj nie powinny.

Z zadumy wyrwały mnie szybkie kroki. Dostrzegłam starszego wioski. Uśmiechnął się na mój widok, więc zaczepiłam go pytając kto się opiekuje uprawami i na jakiej zasadzie wybierają na nie miejsce. Odparł, że to Jaspree błogosławi te ziemie i wszystko co uprawiają i hodują, i że więcej dowiem się na święcie. Podziękowałam mu za informacje. Kiedy się oddalił obejrzałam jeszcze raz rośliny. Jestem zachwycona ich pięknem. Doprawdy Pasja Życia musiała trzymać pieczę nad tą wioską.

Resztę dnia spędziłam z dala od zabudowań ucząc Hator i Szafir nowych sztuczek. Muszę z nimi regularnie pracować, żeby być pewną, że będą mnie słuchać. Co chwilę natrafiamy na niebezpieczeństwa, więc łatwiej mi je chronić, kiedy są dobrze wyszkolone. No i nie poznałam jeszcze wszystkich możliwości Szafir. Ważka jest bardzo intrygująca. Wciąż nie najlepiej się czułam po wczorajszym spotkaniu z gigantycznym krokodylem, więc wykorzystałam ten cudowny spokój i brak zagrożenia na oddanie się ulubionemu zajęciu.

Tymczasem moi towarzysze pomagali intensywnie przy przygotowaniu święta. Wkrótce stoły zaczęły się uginać od jedzenia i napitków, usłyszałam też nieśmiałe dźwięki fletów. W końcu przygotowania dobiegły końca i cała wioska zebrała się pod pomnikiem Jaspree, pięknie przystrojonym kwiatami i owocami. Galar Tun wystąpił na środek i, tak jak obiecał, opowiedział nam historię przodków wioski.

Przed nastaniem Długiej Nocy, na tych terenach, pojawili się Słudzy Złotej Monety i zaproponowali mieszkańcom, że zbudują im kaer. Początkową radość z tej propozycji zastąpiła niepewność kiedy „wybawcy” oznajmili, że miejsce w kaerze będzie tylko dla Dawców Imion zaś wszystkie zwierzęta muszą porzucić na pastwę losu. Mieszkańcy odmówili Nie chcieli narazić swoich zwierząt na śmierć. Postanowili więc sami się bronić. Słudzy Złotej Monety odeszli a wioska zaczęła się zabezpieczać przed Długą Nocą tak, jak umiała. Mieszkańcy nie byli jednak przygotowani na to, co nadeszło. Kiedy pojawiły się pierwsze Horrory wielu poniosło śmierć. I gdy nadzieja na przetrwanie zaczęła ich opuszczać pojawiła się niezwykła postać. Półczłowiek-półkoń. Góra kobiety, dół okazałego wierzchowca. Powiedziała, że ochroni wioskę. Tak też się stało. Pod czujnym okiem samej Jaspree mieszkańcy przetrwali Pogrom. Gdy Długa Noc dobiegła końca i następne pokolenia Dawców Imion wyszły na świat, zastały swój teren zupełnie odmieniony i zniszczony. Z trudem zaczęli odbudowywać osadę. Pasja, po raz kolejny, dała znać o swojej sympatii do tego miejsca przysyłając im orkowego Głosiciela. Ten nauczył mieszkańców jak oswoić nieprzyjazny teren i pobłogosławił ziemię, na której odbudowywali swoje życie. Od tamtych wydarzeń, co jakiś czas, Opiekunka Życia przysyła do wioski swoich Głosicieli dbając, by mieszkańcom niczego nie brakowało. Wioska swoimi plonami, których ma nadmiar, dzieli się z okolicznymi, mniejszymi osadami, zapewniając przetrwanie nie tylko sobie ale i im.

Po skończonej opowieści krasnolud przelał całą uwagę tłumu na mnie, prosząc, bym powiedziała kilka słów. Nieodmiennie mnie to peszy i stresuje. Nie jestem mówcom, zwierzęta nie potrzebują przemów. Nie mówiłam więc długo. Wspomniałam, że pochodzę z podobnych tym terenów, że i mój lud czci Jaspree, i że Opiekunka Życia zawsze będzie czuwać nad mieszkańcami wioski, dopóki w ich sercach będzie miłość do wszystkiego co żywe.

Nie wiem, czy ta mowa miała jakikolwiek sens. Chyba muszę poprosić jakiegoś Trubadura, żeby mi przygotował podobne, na wszelki wypadek. W każdym razie kiedy skończyłam wszyscy zaczęli bić brawo, Salazar zachwycał się, że „to było wspaniałe” a ja miałam ochotę zniknąć ze wstydu. Całe szczęście uwagę ode mnie błyskawicznie odwrócili grajkowie, którzy już zaczęli stroić instrumenty do gry. Wpatrzyłam się w posąg Jaspree, żeby trochę ukoić nerwy. Liczyłam, w skrytości ducha, że może sama Pasja zechce się pojawić na święcie. Wszak Galar sam mówił, że bywają momenty kiedy ona, lub jej słudzy, ukazują się mieszkańcom. Niestety nigdzie nie było widać choć cienia niezwykłej istoty.

Nagle moją uwagę przykuł ruch między kwiatami na posągu. Przyjrzałam się i dostrzegłam czerń piór młodego kruka. Patrzył prosto na mnie. Moje zwierzęce marzenie. Ptak szczególnie bliski mojemu sercu siedział sobie jakby nigdy nic i spokojnie wpatrywał się we mnie. Skłoniłam mu się lekko, pewna, że jest posłańcem Pasji. Ptak odpowiedział tym samym, więc z drżeniem serca wyciągnęłam rękę w jego stronę. Zrozumiał gest. Z łopotem skrzydeł osiadł na mojej dłoni. Młody, przepiękny samiec. Delikatnie pogłaskałam miękkie pióra.

„Jesteś taki piękny.” – szepnęłam zachwycona.

Przez chwilę wahałam się, ale nie mogłam przepuścić takiej okazji.

„Zostaniesz ze mną?” – zapytałam niepewnie.

Kruk skinął głową. Więcej mi do szczęścia nie było potrzebne w tamtej chwili.

Moi przyjaciele byli wyraźnie zaskoczeni zachowaniem ptaka. Miriel pochwaliła jego urodę ale widziałam jak chwilę później, z zainteresowaniem, ogląda pomnik, najwyraźniej się zastanawiając skąd się tam wziął. Cóż, mnie też to ciekawiło, ale nie zamierzałam zadawać zbędnych pytań losowi. Uznałam to za znak dany od Pasji. Przedstawiłam naszego nowego towarzysza Hator i Szafir. Kotka nie była zachwycona. Widziałam w jej oczach, że najchętniej zrobiłaby sobie obiad z kruka. Liczę, że szybko się przyzwyczai do obecności ptaka.

Tymczasem muzyka już rozbrzmiała i mieszkańcy ruszyli do biesiadowania. Starałam się trzymać na uboczu, wciąż zafascynowana niedawnymi wydarzeniami, ale kiedy wieśniacy ruszyli do tańca nie zdążyłam się ewakuować. Salazar zauważył moją próbę wycofania się i wciągnął na scenę. Miałam ochotę udusić go gołymi rękami. Zwłaszcza, że kilku mężczyzn było na tyle odważnych, by pójść w ślady t’skranga i poprosić mnie do tańca. Szczęściem to Miriel zgarniała cały męski zachwyt. Dzięki temu mogłam, korzystając z chwili nieuwagi Salazara, zniknąć w przyjaznej ciszy pól uprawnych i zagród ze zwierzętami. Spełniłam obietnicę daną Galarowi i pobłogosławiłam wszystkie dary Jaspree. Resztę wieczoru spędziłam w cieniu budynków, przysłuchując się muzyce i obserwując bawiących się Dawców Imion. Widziałam jak Salazar z Miriel tańczyli niemal bez wytchnienia zaś Durgol z Amarinem, z równie wielkim zapałem, pili bez wytchnienia. W końcu sen mnie zmorzył, więc udałam się ze zwierzętami na spoczynek, dbając wcześniej, by były najedzone.

Obudziłam się rześka i wypoczęta. Odruchowo upewniłam się, że kruk nie był tylko snem, ale cała moja menażeria była w komplecie. Pobawiłam się chwilę z Hator zanim zdecydowałam się wyjść na zewnątrz. Moim oczom ukazał się krajobraz nie ustępujący malowniczością polom niektórych bitew. Wszędzie leżały „ciała”, w asyście porozrzucanych sprzętów, i zdecydowanej większości przydałaby się solidna kąpiel. Hator zmarszyła nos i prychnęła niezadowolona. Opary alkoholu były wciąż wyczuwalne. Kilka kobiet z wioski próbowało ogarnąć ten cały bałagan, starannie omijając dogorywających imprezowiczów.

„Przepraszam Pani.” – z zamyślenia wyrwał mnie głos.

Obejrzałam się. Przede mną stał elf o bardzo zaniepokojonym wyrazie twarzy. Był mocno zakłopotany.

„Coś się stało?” – spytałam, obserwując go uważnie.

„W zasadzie to tak…” – zawiesił głos, więc go ponagliłam go, żeby mówił swobodnie.

Okazało się, że nie może nigdzie znaleźć swojej córki. Widział ją jeszcze późnym wieczorem a teraz ślad po niej zaginął. Poprosiłam, żeby dał mi jakąś rzecz należącą do dziewczyny i obiecałam, że jej poszukam. Przybiegł po chwili z chustką. Podałam ją Hator. Kotka powąchała przez chwilę i zaczęła tropić. W końcu złapała ślad. Ruszyłyśmy w dżunglę. Bez trudu dostrzegłam dwa tropy idące obok siebie ale zaufałam zmysłom Hator i szłam za jej węchem. Nie odeszłyśmy daleko gdy ją dostrzegłam. Leżała na ścieżce. Rozejrzałam się uważnie wokoło czy nic nam nie zagraża. Upewniwszy się, że jesteśmy bezpieczne podeszłam ostrożnie do dziewczyny. Była ranna, najwyraźniej ktoś ją uderzył w głowę, ubranie miała podarte i bez trudu zauważyłam, że została zgwałcona. Wygrzebałam z torby kawałek pergaminu i napisałam węglem wiadomość. Zwinęłam, podałam Szafir i kazałam ważce szukać Miriel. Gdy odleciała delikatnie ocuciłam dziewczynę. Serce mi się kroiło na widok jej przerażonego spojrzenia. Zwinęła się pod drzewem jak ranne zwierzątko. Przemawiałam do niej uspokajająco i trochę ją opatrzyłam. Rozejrzałam się po okolicy. Drugi ślad szedł dalej w dżunglę.

Szafir wróciła, bez wiadomości, po kilku minutach. Niestety także bez drużyny. Zastanowiłam się przez chwilę co robić. Napisałam, co prawda, żeby szli za Szafir, ale może ważka była dla nich za szybka. Postanowiłam poczekać jeszcze chwilę. Nie minęło dziesięć minut, kiedy Hator warknęła ostrzegawczo. „Sprawdź.” – nakazałam i kotka zniknęła między drzewami. Po chwili wróciła spokojna wiodąc za sobą Miriel, Durgola i Salazara. Kazałam jej pilnować dziewczyny a sama wyszłam drużynie na spotkanie żeby porozmawiać z nimi tak, żeby ofiara nie słyszała.

„Gdzie Amarin?” – spytałam skończywszy opowiadać.

„Nie mogliśmy go znaleźć a spieszyliśmy się do ciebie.” – odparł Salazar. – „Zresztą wczoraj tak się spił, że pewnie nadal leży gdzieś pijany.”

Uradziliśmy, że zaprowadzimy dziewczynę do wioski, znajdziemy Amarina i ruszymy drugim śladem. Miriel wyciągnęła z torby jedną ze swoich sukienek i pomogła mi ubrać nieszczęsną. Podeszliśmy z nią w okolice wioski. Wskazałam Miriel ojca dziewczyny. Elfka poszła do niego, rozmawiali chwilę, widziałam jak na jego twarzy odmalował się strach, i oboje ruszyli w naszą stronę. Dziewczyna, kiedy tylko go zobaczyła, rzuciła mu się w ramiona i zaczęła płakać. Uspokoiliśmy ojca, że pójdziemy śladem winowajcy. Zabrał córkę do domu a my zaczęliśmy szukać Amarina.

„We wspólnej chacie są jego rzeczy, może spróbujesz go wytropić?” – spytała w końcu zirytowana na elfa Miriel.

„Dobry pomysł.” – poparłam.

Znaleźliśmy rzeczy elfa i Hator ruszyła tropem przez wioskę. Jakież było moje zdziwienie, kiedy doprowadziła nas do miejsca, w którym wcześniej znalazła ślad efki! Zamarłam na chwilę zdezorientowana.

„Co jest?” – spytał natychmiast Salazar.

„To ten sam trop.” – powiedziałam w końcu. – „Ten należący do dziewczyny. To Amarin szedł z nią do lasu.”

„Wspaniale.” – mruknęła Miriel.

Zanurzyliśmy się w dżunglę idąc w milczeniu. Minęła niemal godzina, gdy na ścieżce dostrzegliśmy ciało. Zbliżyliśmy się bez wahania. Zwierzęta nie były zaniepokojone, więc uznałam, że nic nam nie grozi. Ciałem okazał się Amarin. Nie miał znaczących obrażeń, jedynie kostki u rąk miał obdarte. Potrząśnięty ocknął się i rozejrzał nieco nieprzytomnie.

„Co się stało? Gdzie jesteśmy?” – zapytał.

„Ty nam powiedz.” – zażądała natychmiast Miriel.

Opowiedziałam Amarinowi to, co ustaliliśmy. W świetle tego, że ślad urywał się przy nim było jasne, że to on skrzywdził elfkę. Jednak elf utrzymywał, że niczego nie pamięta. Tak, wchodził z nią do lasu, ale dalej nie ma pojęcia co się działo. Aż do momentu, w którym go obudziliśmy. Próbował jeszcze, niepewnie, wmówić nam, że żartujemy sobie z niego, ale najwyraźniej powaga t’skranga przekonała go, że nie jest nam do śmiechu.

W szumie dyskusji jaka nastąpiła po tych informacjach coś przyszło mi do głowy.

„Słuchajcie.” – odezwałam się, skupiając na sobie uwagę drużyny. – „Nie znam się za bardzo na tym, bo to nie moja działka tylko Amarina, ale poprawcie mnie jeśli się mylę. Skoro Burzowe Wilki tropią to, co jest domeną Horrorów, a Horrory mogą naznaczać tych, z którymi się zetkną, to czy nie może być tak, że Amarin został przez takiego Horrora naznaczony?”

Na długą chwilę zapanowała martwa cisza.

„Ale wilki zniszczyły jajo.” – odezwał się wreszcie Durgol.

„Kulę.” – poprawiłam machinalnie. – „Amarin został ochlapany mazią. Może to jakaś część Horrora, która na nim została.” – zwróciłam się do elfa. – „Rozbieraj się. Trzeba cię obejrzeć.”

Elf, posłusznie, zaczął ściągać ubranie. Obejrzeliśmy go uważnie i dostrzegliśmy na jego skórze maleńkie kropeczki, w kolorze mazi wylewającej się wcześniej z kuli. Tknięta przeczuciem zaczęłam zrzucać ubranie i też się oglądać. Na szczęście nie zauważyłam niczego niepokojącego.

Przywołałam Hator. Skupiłam się i przejęłam jej zmysł. Spojrzenie w przestrzeń astralną nie jest przyjemne i ciężko zorientować się co się widzi. Po krótkiej chwili udało mi się wejrzeć we wzorzec Amarina i zdecydowanie nie spodobało mi się to, co zobaczyłam. Na jego wzorzec nakładał się drugi, jakby bliźniaczy. Miriel, słysząc to, odeszła w krzaki i poprosiła mnie, żebym ją też obejrzała. Na skórze niczego nie dostrzegłam. Podobnie na Salazarze, choć w gąszczu ciasno ułożonych łusek raczej ciężko byłoby dostrzec maleńkie kropki. Durgol badania odmówił twierdząc, że on, w odróżnieniu od Amarina, miał rano kaca i nadal czuje upojną noc. Chwilowo daliśmy mu spokój. Salazar poprosił Amarina, żeby spróbował wykonać rytuał powitania, ponieważ elf uparcie twierdził, że nie odczuwa w żaden sposób Horrora ani jego wpływu. Amarin wziął igłę, nitkę i kawałek materiału i zaczął wyszywać. Niestety to, co wychodziło spod jego palców było pokrzywione, postrzępione i budziło strach a nie podziw.

„Niestety trzeba cię związać.” – oświadczył t’skrang i tak też zrobił. Amarin nie protestował.

Staliśmy zdezorientowani usiłując dojść do jakichś konkretnych wniosków. Możliwe rozwiązania były trzy. Pierwsze, najprostsze, to zabić Amarina. Drugie, dużo trudniejsze, to znaleźć i zabić Horrora. Trzecie, najtrudniejsze, to znaleźć potężnego maga, który zdejmie albo zablokuje naznaczenie. O dziwo trzecie rozwiązanie wydało nam się najłatwiejsze do realizacji. Bliskość obozu Therańczyków mogła zwiastować także obecność magów. Amarin wpadł także na pomysł przykładania pijawek, żeby wyciągnęły fizyczne części Horrora, które miał na skórze. Ustąpiłam i obłożyłam go zwierzakami, będąc jednocześnie pewną, że to nic nie da.

Uradziliśmy w końcu, że ja i Miriel pójdziemy do wioski i spróbujemy ułagodzić mieszkańców i załatwić przewodnika, natomiast Durgol i Salazar zostaną razem ze związanym Amarinem w dżungli i mają go pilnować. Pełne niepokoju ruszyłyśmy w drogę powrotną do wioski.

Gdy towarzyszki, wraz ze zwierzętami, zniknęły z oczu reszty drużyny Durgol odezwał się:

„Salazar, widzisz je jeszcze?”

„Nie. Już nie. Czemu pyta…” – Salazar odwrócił się i ze zdumieniem zobaczył jak krasnolud szybko się rozbiera.

„Powiedz mi!” – zażądał. – „Patrz czy mam to cholerstwo na sobie.”

T'skrang spojrzał zdziwiony na towarzysza, ledwie zauważył trzy tęczowo-wodniste kropelki na lewym ramieniu.

„Masz to na sobie!” – oznajmił lekko przestraszony. – „Wybacz Durgolu, lecz muszę Cię związać Nie chce ponosić zbędnego ryzyka.”

Krasnolud nie stawiał oporu. Po dość długiej chwili milczenia Salazar zaproponował:

„Mam pomysł, skoro elf nie mógł szyć, sprawdź czy Ty potrafisz kreślić runy?”

„Jeśli mi się uda rozwiążesz mnie?” – upewnił się Durgol.

”Tak.”

Krasnolud od razu zaczął kreślić, powoli, jakby starannie. T’skrang miał przez chwilę wrażenie, że ręka mu zadrżała, ale jakoś dobrnął do końca i zaprezentował przyjacielowi zgrabną, nie budzącą podejrzeń, runę.

„I jak rozwiążesz mnie?”

”Skoro tak, to nie widzę powodu byś był związany.” - nie ociągając się rozwiązał krasnoluda.


Dotarłyśmy do wioski i już z daleka usłyszałyśmy gwar. Dawcy Imion byli wyraźnie poruszeni. Po krótkiej naradzie Miriel poprosiła żebym to ja z nimi rozmawiała. Wyszłyśmy z dżungli. Od razu wszyscy zwrócili na nas uwagę. Ojciec zgwałconej dziewczyny ruszył do nas krzycząc „Gdzie on jest? Zabiję go!” ale Galar Tun powstrzymał go jednym gestem. Podeszłyśmy do niego.

Opowiedziałam krasnoludowi przygotowaną naprędce bajeczkę, że nie znaliśmy Amarina dość długo, że walczył z horrorem w wiosce na obrzeżu dżungli i był tam traktowany jak bohater. Powiedziałam też, że dziwnym nam się zdało, że tak po prostu ruszył z nami szukać Theran ale nie dał nam podstaw, żeby mu nie ufać. Wygląda jednak na to, że może być therańskim szpiegiem, gdyż ślad, który znaleźliśmy, prowadzi mniej więcej w kierunku ich obozu. Oznajmiłam, że pomścimy dziewczynę, ale potrzebujemy przewodnika, inaczej sami zginiemy na bagnach.

Na szczęście zebrani uwierzyli mi. Przynajmniej na tyle, żeby nie rzucić nam się do gardeł. Galar kazał uspokoić wściekłego elfa a sam zwrócił się do nas.

„Zemsta musi poczekać. Mamy poważniejszy problem.”

„Poważniejszy?” – spytałam zdezorientowana.

„Chodźcie za mną.” – ruszył w kierunku wspólnej chaty.

Poszłyśmy za przewodnikiem. We wspólnej chacie panował lekki półmrok. Galar wszedł do środka, wpuścił nas i zamknął drzwi. Jego żona podniosła się od posłania i odsłoniła nam widok, który krasnolud wskazał ręką.

„Na wszystkie Pasje!” – jęknęłam.

Na łóżku leżała zgwałcona elfka. Jej brzuch wskazywał na jakiś szósty, może siódmy miesiąc ciąży.

Nie wiem jak długo stałyśmy wgapiając się w dziewczynę. W końcu Galar chrząknął. Poprosiłam go, żeby dał nam chwilę czasu do namysłu. Usiadłam na podłodze. Hator przysunęła się instynktownie, więc zaczęłam ją głaskać.

„Co teraz?” – spytała cicho Miriel kucając przy mnie.

„Nie mam pojęcia. Obejrzę ją a później coś wymyślimy. Ale przysięgam, na wszystkie Pasje, że jeśli kiedykolwiek, którykolwiek z tych nieodpowiedzialnych wariatów spróbuje dotykać niezidentyfikowanych przedmiotów, sama osobiście go uduszę!”

Korzystając z talentów kotki spojrzałam w przestrzeń. Po długiej analizie doszłam do wniosku, że Horror stanowi osobny wzorzec, nie połączony ze wzorcem dziewczyny.

„Mam pomysł.” – odezwałam się cicho. – „Słuchaj, nie robiłam tego nigdy ale osoba, która odbiera porody, mam na myśli żonę Galara, powinna tak potrafić. Trzeba go zabić w brzuchu.”

„Jak to w brzuchu?” – Miriel spojrzała na mnie przerażona.

„No normalnie. Trzeba wbić nóż jednym szybkim ciosem, tak żeby nie uszkodzić wnętrzności dziewczyny ale spróbować zabić Horrora. Nie wiem czy to się uda, ale w tym tempie on się urodzi w nocy, będzie dojrzały, i nie dość, że zabije tą biedaczkę to jeszcze pewnie nas i połowę wioski. Nie możemy do tego dopuścić. Trzeba im powiedzieć prawdę.”

„Zróbmy tak.” – Miriel podniosła się zdecydowana.

Zawołałyśmy krasnoludkę i poprosiłyśmy, żeby przywołała swojego męża. Gdy przyszli oboje powiedziałam im, że teraz już rozumiemy zachowanie Amarina, że zawładnął nim Horror i za jego pomocą przeniósł się do dziewczyny. Kiedy przedstawiłam im swój pomysł widziałam jak krasnoludka blednie.

„Spróbujemy.” – zdecydowała w końcu. – „Trzeba jej powiedzieć. Znasz się na ziołach?”

„Trochę” – odpowiedziałam.

„Zrób mleczko makowe. Miriel, pomóż mi z wrzątkiem. Mamy jedną szansę, że się uda.”

Błyskawicznie wzięliśmy się do dzieła. Nie było czasu do stracenia.

T’skrang, elf i krasnolud siedzieli w głębi dżungli w milczeniu, czekając na towarzyszki.

„ Jak myślicie, ile im zajmie nim wrócą?” – nie wytrzymał wreszcie elf.

„Nie wiemy. Mam nadzieję, że będą pamiętały o jedzeniu.” – zmartwił się Durgol.

„Jak coś je zatrzyma, to mogą przysłać Szafir z wiadomością, albo Hator. Tak jak Raven zrobiła to wcześniej.” – uspokoił ich t’skrang. Podniósł się nagle. – „Durgolu, sprawdź czy nie mam tego plugastwa na łuskach?”

Kiedy krasnolud oznajmił, że nie, Salazar zatańczył, by się upewnić, że zaprzeczenie Durgola, jest prawidłowe. Minęła dłuższa chwila. Nagle krasnolud zerwał się z ziemi i zaatakował T'skranga, który ledwo uniknął ciosu. Umykając przed uderzeniem z zaskoczenia, Salazar dobył swej szabli. Wywiązała się zażarta walka ale zielonołuski był już przygotowany do starcia. Mimo iż krasnolud zaczął wykazywać niesamowite umiejętności, szybkość oraz siłę, nie stanowił większego zagrożenia dla fechmistrza. Kiedy już szala zwycięstwa przechyliła się na rzecz Salazara do walki włączył się Amarin, który jakimś cudem rozerwał więzy i błyskawicznie zaatakował Salazara. Unieruchomił t’skranga na chwilę co, po ciosach Durgola, wystarczyło, by cisnąć osłabionym Fechmistrzem o drzewo. Na szczęście niezbyt mocno, lecz wystarczająco by ten stracił przytomność. Amarin i Durgol, nie zawracając sobie głowy skrępowaniem t’skranga, błyskawicznie ruszyli do wioski.


Elfka została napojona makiem. Przygotowałyśmy się na ewentualne niepowodzenie i znachorka przystąpiła do dzieła. Widziałam, że jest przerażona, ale ręce pewnie trzymały ostry nóż. Spojrzała na mnie pytająco. Skinęłam głową. Uniosła dłoń nad brzuchem. Wstrzymałyśmy oddechy a kobieta zadała cios. Niestety nie zrobiła tego wystarczająco precyzyjnie. Krew trysnęła z rany, kiedy wyciągnęła nóż, a wraz z nią wystrzeliły z brzucha dwie macki, próbując zadać cios osobie, która zraniła ich właściciela. Byłyśmy na to przygotowane. Miriel posłała kryształowy pocisk bardzo precyzyjnie, ja próbowałam chwycić mackę i wyciągnąć stwora ale udało mi się go tylko zranić. Gdzieś na zewnątrz usłyszałam wycie burzowych wilków.

Nagle drzwi do chaty otworzyły się z trzaskiem. Poczułam silny cios w plecy i poleciałam na podłogę. Zobaczyłam Amarina, który rzucił się do dziewczyny, chwycił ją na ręce i rozejrzał się w poszukiwaniu drogi ucieczki. W tym samym czasie Durgol, jednym ciosem, posłał Miriel na deski.

Po kilku minutach Salazar odzyskał przytomność, przeklinając Horrory podniósł się, chwycił szablę i zamroczony ruszył w stronę wioski. W trakcie biegu, wypił swój eliksir leczenia i ruszył w pogoń za, jak myślał, naznaczonymi towarzyszami.

Próbowałam, nie wstając, złapać Amarina za nogę, kiedy rzucił się do ucieczki na piętro, ale elf zręcznie przeskoczył nade mną i ruszył po schodach. Podniosłam się. Miriel cisnęła Durgolem o jeden ze słupów przy ścianie, podtrzymujących sufit, i krasnolud zamarł unieruchomiony. Tymczasem przez drzwi wpadło stado burzowych wilków ścigając Amarina.

„Poradzę sobie.” – krzyknęła Miriel. – „Goń go.”

Posłusznie pobiegłam na piętro. Gdy wbiegłam na górę zobaczyłam wilki, które właśnie zrezygnowały ze stania pod jednymi z drzwi i pędziły w moją stronę. Zrobiłam im miejsce. Wpadłam do niewielkiego pokoju. Okno było otwarte na oścież i zobaczyłam przez nie Amarina z dziewczyną na rękach, pędzącego do ściany dżungli. Właśnie dopadł go Salazar, ale elf zdecydowanie rósł w siłę, bo jednym zaklęciem posłał t’skranga na ziemię. Wilki już doganiały elfa.
Nie czekając na rozwój wypadków poleciałam na dół, krzycząc do Miriel, że Salazar ma kłopoty. Zostawiłyśmy Durgola zlepionego ze słupem a same pobiegłyśmy za chatę.

To była krwawa walka. Fechmistrz ciął macki bezlitośnie a Miriel miotała pociskami w Amarina. W końcu elf padł a Salazar, ostatkiem sił, dobił Horrora. Jednym zręcznym ruchem wyciągnęłam jego truchło z dziewczyny i zatamowałam krwawienie. Na szczęście żyła jeszcze. Salazar przeciął odrzucony przeze mnie zewłok jeszcze w powietrzu, a kiedy szczątki opadły na ziemię ocalałe wilki dokończyły dzieła zniszczenia.

Popatrzyłam po towarzyszach. Ledwo żywa Miriel osunęła się na ziemię tuż obok Salazara, który wyglądał na skonanego. Amarin leżał nieprzytomny. Wokoło walały się ciała burzowych wilków a trawę obficie zabarwiła czerwień krwi. Mieszkańcy wioski, którzy obserwowali walkę z pewnego oddalenia, dopiero teraz zdecydowali się podejść bliżej. Usłyszałam podnoszące się głosy „Powiesić ich!” Domyśliłam się, że chodzi o Amarina i Durgola, zwłaszcza, że w tłumie dostrzegłam ojca elfki. Reszta drużyny nie była w stanie się choćby odezwać, więc podniosłam się z ociąganiem z ziemi.

„Posłuchajcie.” – odezwałam się na tyle mocnym głosem na ile miałam sił. – „To są burzowe wilki. Tropią wszystko, co pochodzi od Horrorów. Wszystko, co jest złe. Jak widzicie zostawiły Amarina w spokoju. Podobnie jak Durgola. Ta dwójka już nie stanowi dla Was zagrożenia. Horror nie żyje a to on kierował ich czynami.”

Przez chwilę jeszcze słyszałam niewyraźne szepty. W końcu Galar zwrócił się do mnie.

„Ręczysz za nich?”

„Tak.” – odpowiedziałam bez wahania.

To, oraz autorytet Głosiciela, najwyraźniej go przekonało. Pozwolono nam się umyć, opatrzeć i odpocząć we wspólnej chacie.

Gdy Amarin i Durgol odzyskali przytomność okazało się, że niczego nie pamiętają. Tylko prosty rozkaz Horrora „chroń mnie.” Durgol próbował, jak to on, żartować, co wyprowadziło z równowagi Miriel, więc wyszła z chaty.

„To nie jest śmieszne.” – warknęłam. – „Gdyby nie ja tłum by was zlinczował.”

„Ona ma rację.” – poparł mnie Salazar. – „Nie wyglądało to dobrze.”

„Odpocznijcie. Wyleczcie się. Rano ruszamy do obozu. Mamy coś do zrobienia.” – zaordynowałam układając się wygodniej. – „Acha. Jeszcze jedno. Przyrzekłam na wszystkie Pasje, że jeśli jeszcze raz któryś z Was będzie miał takie głupie pomysły, to go uduszę gołymi rękami. I zamierzam dotrzymać tej przysięgi.”

Panowie nie skomentowali. Mam tylko nadzieję, że dotarła do nich powaga tej sytuacji.

_________________
Becouse, realy, kill it with fire should be Your first reaction to a problem!

Zapraszam na mojego bloga: https://aurayablog.wordpress.com/


Góra
  Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Earthdawn Kronika Przygód
PostNapisane: 28 mar 2016, 14:34 
Offline
Hamierykański tomahawek
Hamierykański tomahawek
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 08 lut 2015, 23:13
Posty: 139
Lokalizacja: Buczek, gmina Poświętne n. Pilicą
Polubił post: 2 razy
Polubiono jego post: 27 razy
Niewolnicy

Gdy tylko wstał świt poszłam, jak zwykle, obejrzeć uprawy i popracować ze zwierzętami. Piękny kruk, dar od Pasji, dostał na imię Noir i cieszył się wolnością i swobodą, latając własnymi ścieżkami. Chciałam go zacząć szkolić, ale okazało się to zbędne. Wydane polecenie wypełniał za pierwszym razem bez wcześniejszego pokazania mu o co chodzi. Pozwoliłam mu więc polatać po okolicy a sama skupiłam się na Hator, Szafir i doglądaniu roślin. Byłam mniej więcej w połowie obchodu kiedy Noir przyleciał do mnie kracząc głośno. Wyciągnęłam rękę, ale nie wylądował tylko wskazał w kierunku wioski. Tknięta złymi przeczuciami przywołałam Szafir i Hator i ruszyłam do zabudowań. Szczęściem okazało się, że niepotrzebnie się martwiłam. Noir wskazał mi bowiem postać t’skranga, który lawirował między mieszkańcami, wstawiającymi właśnie nowe drzwi do głównej chaty, próbując dostać się do środka. Widząc na jego plecach sporych rozmiarów paprotkę od razu go rozpoznałam.

„Thar'zitt?” – zawołałam zaskoczona.

Obejrzał się i uśmiechnął na mój widok.

„Co Ty tu robisz?” – spytałam podchodząc bliżej. – „Witaj Baronie.”

„Dzień dobry Raven” – usłyszałam w głowie spokojny głos Barona.

„Szukam Was.” – odpowiedział na pytanie t’skrang. – „Szedłem Waszym śladem ale trochę mi zeszło.”

„Gdybyś nie badał każdego krzaczka po drodze dogonilibyśmy ich dużo wcześniej.” – wtrącił się Baron.

Uśmiechnęłam się. Tęskniłam za tą parą.

Thar'zitt był zaintrygowany wyglądem wioski, więc opowiedziałam mu w skrócie co nam się przytrafiło. Powiedziałam też, że reszta drużyny odpoczywa w chacie, starając się nie wchodzić w drogę mieszkańcom wioski. Zaprosiłam go do środka. Pomyślałam, że drużyna się ucieszy na jego widok.

Tymczasem, dzięki t’skrangowi, odkryłam coś niezwykłego. Jako Mistrz Żywiołów, szczególną pasją darzący przyrodę, od razu zainteresował się krukiem. Przywitał się z nim a kruk odpowiedział. Byłam w szoku. Noir, nie dość, że jest bardzo inteligentny, to jeszcze rozumie co się do niego mówi i potrafi sam wypowiadać słowa. Czymże przysłużyłam się Pasji, że mnie takim cudem obdarzyła, tego nie wiem ale nic wspanialszego nie mogło mi się przytrafić.

Drużyna, na widok Thar'zitta i Barona, wyraźnie się ucieszyła. Zwłaszcza Miriel, która wiele wiedzy już posiadła i chciała podnieść się w kręgach swojej dyscypliny. Po wymianie uprzejmości i przestraszeniu naszego przewodnika (gadająca paprotka to jednak było trochę za wiele dla Jettego i poważnie się zastanawiałam, czy chłopak stawi się rano by nas prowadzić) ustaliliśmy, że ruszamy skoro świt. Resztę dnia wykorzystałam na opowiedzenie Noir całą moją historię oraz szczegółowe przedstawienie mu moich towarzyszy, żeby wiedział kogo szukać jeśli będzie taka potrzeba.

Rankiem, wyleczeni całkowicie i pełni optymizmu, pożegnaliśmy się ze starszym i jego żoną i, prowadzeni przez Jette, którego ciekawość świata zwyciężyła strach, ruszyliśmy w dżunglę. Przez pewien czas chłopak prowadził pewnie, zwłaszcza na samych bagniskach, gdzie co chwilę musiał sprawdzać teren, czy nie wpadniemy w jakieś grzęzawisko. Zorientowałam się, że coś jest nie tak dopiero kiedy sama zauważyłam, że po naszej prawej stronie, w jednym z rozlewisk, dwa potężne krokodyle walczą o jakąś zdobycz. Przyznam, że trochę nakrzyczałam na chłopaka. Nie wiem jakim cudem nie zauważył tych zwierząt. Mogły nas zeżreć!

Pod wieczór znaleźliśmy w miarę wygodne miejsce na obóz i dopiero wtedy zrozumiałam, dlaczego chłopak tak dziwnie się zachowywał. Podszedł bowiem do mnie i spytał, czy możemy porozmawiać. Odparłam, że tak a on mi na to, że Durgol mu powiedział, że Miriel ma narzeczonego, siódmokręgowego Kawalerzystę, i czy to prawda? Więc o to chodziło… Chłopak zadurzył się w naszej przywódczyni a słowa krasnoluda tak go struły, że przestał się koncentrować na swoim zadaniu.

„Durgol ma czasem problemy z prawdomównością.” – uspokoiłam chłopaka. – „Podróżujemy ze sobą bardzo długo, nic mi nie wiadomo, żeby Miriel miała narzeczonego.”

Jette wyglądał, jakby właśnie spadł mu kamień z serca. Pomyślałam, że to dobry znak. Skupi się na zadaniu. Postanowiłam jednak obserwować nieco uważniej tak jego jak i teren, który będziemy przemierzać. Tak na wszelki wypadek. W zasadzie to całkiem ciekawy materiał do badania. Zbyt wiele czasu spędziłam w dziczy, w towarzystwie zwierząt, i czasem zapominam, jak bardzo fascynujący potrafią być Dawcy Imion.

Strudzeni zasiedliśmy w końcu przy ognisku. Thar'zitt uraczył nas porządną ucztą, która z miejsca wzbudziła zachwyt w Jette. Chłopak nie mógł uwierzyć, że wystarczy czar, żeby stworzyć jedzenie. Widziałam jak, po posiłku, Jette zadumał się, wyraźnie czymś zafrasowany. Zebrał się wreszcie na odwagę i zwrócił się do t’skranga.

„Przepraszam Pana, czy mogę o coś spytać?”

„Tak?” – Thar'zitt skupił się na chłopaku.

„Jak to jest u was… znaczy… czy macie też panie?”

Błysk w oku Thar'zitta zwiastował kłopoty, ale zakłopotana mina Jettego szybko mu powiedziała, że chłopak jest, zwyczajnie, ciekawy. T’skrang uśmiechnął się i zaczął opowiadać o swojej rasie.

„Oczywiście, że mamy panie. Co prawda przez pierwsze lata życia t’skrangi nie mają określonej płci, muszą ją w sobie odkryć, ale później jest już wyraźny podział.”

„Skoro nie mają płci to jak się rodzą małe t’skrangi?”

„Wykluwają się z jajek.”

Przyjrzałam się Thar'zittowi. W moim domu było wiele t’skrangów, więc znałam tą rasę dość dobrze. Wiedziałam, że największym nietaktem jest spytać t’skranga o populację, mają bowiem ogromne problemy z dzietnością. Malatiri, moja opiekunka, szamanka, opowiadała mi, że na sto jaj tylko jedno jest zapłodnione i da t’skrangom potomka. Dlatego t’skrangi stworzyły niezwykłą kulturę rozmnażania. Każda t’skrandzka kobieta, składa zwykle do dziesięciu jaj jednorazowo, ale rzadko kiedy robi to częściej niż trzy razy do roku. Złożywszy jaja, kobieta zanosi je do wylęgarni, serca każdego niall, czyli filaru domy t’skrangów. Niemal przed samym wylęgiem kobiety powierzają opiekę nad jajem mężczyźnie. Jest to dla mężczyzn ogromna odpowiedzialność ale i zaszczyt, więc często rywalizują o niego intensywnie, kobiety starają się zaś rozsądzić spory najuczciwiej jak potrafią. Na sześć do ośmiu dni przed pęknięciem skorupki, organizm opiekującego się jajem mężczyzny ulega przemianie i t’skrang zaczyna produkować mleko dla dziecka. Mężczyzna dba o małego t’skranga przez dłuższy czas, zaspokaja jego potrzeby i wychowuje. Tworzy się między nimi niezwykła więź. Tak silna, że nawet najtwardszy rzeczny pirat wzrusza się na wspomnienie swojego chaida, czyli opiekuna. T’skrangi mają takie powiedzenie „wielu wyśnionych, niewielu narodzonych”, które oddaje całkowicie smutek tej ciekawej rasy z powodu niskiej dzietności. Dlatego wśród t’skrangów jest to temat tabu i żaden obcy nie powinien go poruszać. Być może jednak Thar'zitt był przyzwyczajony do tego typu pytań, gdyż nie zauważyłam w jego zachowaniu tego charakterystycznego smutku i bólu, które pojawiały się czasem w oczach naszych t’skrandzkich przyjaciół, kiedy wspominało się przy nich o potomstwie.

T’skrang, ze spokojem godnym dobrego nauczyciela, opowiedział Jettemu o tradycji chaida, zaspokajając, przynajmniej na chwilę, ciekawość chłopaka. Oczywiście do dyskusji wtrącał się co jakiś czas Durgol ze swoimi ironicznymi komentarzami. Muszę trochę poczytać o tej rasie, zastanawia mnie, czy każdy krasnolud ma podobny do Durgola sposób mówienia. Zupełnie jakby kpił ze wszystkiego. Chociaż serce ma złote to fascynuje mnie jego sposób bycia. Trzeba będzie odwiedzić bibliotekę jak będziemy w jakimś większym mieście.
Noc minęła nam bardzo spokojnie. Wzięłam wartę wraz z Jette, by zobaczyć jak chłopak będzie sobie radził, i ewentualnie go uspokajać. Faktycznie taka ilość nocnych odgłosów, jaka jest nocą w dżungli, wywołała trochę nerwowości w chłopaku. Starałam się mu wyjaśnić co oznacza każdy z odgłosów. Bardzo szybko się uczy. Będzie z niego dobry Adept.

Wychodzimy powoli z bagnistego terenu. Zrobiło się bardziej twardo i sucho. Jette prowadził wolniej. Byliśmy już daleko od wioski i chłopak musiał się zastanawiać nad kierunkiem. Mimo to był pewny i zdecydowany. Wyraźnie dobrze odnajdował się w roli zwiadowcy. Na południowym popasie Thar'zitt zwrócił się do Miriel z prośbą o rozmowę. Powiedział jej, że zastanawiał się nad szkoleniem i musi się najpierw przekonać, że jest gotowa. Oddał jej Barona, oznajmiając, że to właśnie on wskaże jej drogę, że ma spełniać jego polecenia i traktować go jak mistrza.

Późnym popołudniem dotarliśmy do rzeki. Co ciekawe, nad rzeką przerzucono most. Nie kładkę ale solidny most. Zastanowiło mnie to. Kto stawia mosty w dżungli? Już mieliśmy przez niego przejść, kiedy Baron postanowił dać Miriel zadanie – przepłynąć rzekę. Miało to jej pomóc zrozumieć żywioł wody. Początkowo pomyślałam, że to nienajlepszy pomysł, oczywiste skojarzenie z wodami mojej ukochanej Serwos, pełnymi niebezpiecznych zwierząt a nawet horrorów, nasunęło się natychmiast. Baron jednak, do spółki z Jette, stwierdzili, że to bezpieczne. Rozebrałam się więc i dołączyłam do Miriel korzystając z ochłody, jaką dawała woda. W zasadzie uznaję, że to był bardzo dobry pomysł.
Po ożywczej kąpieli podjęliśmy dalszą podróż. Zaledwie kawałek od rzeki Jette przywołał mnie do siebie mówiąc, że znalazł ślad, którego nie rozpoznaje. Przyjrzałam mu się i sama poczułam się skołowana. Stopa jakby t’skranga, chociaż bardziej jaszczurcza, szersza i krótsza. Ciało dużo cięższe niż t’skrandzkie. Przywołałam Hator. Zapożyczyłam jej zmysł i powąchałam ślad. Zapach także nic mi nie powiedział. Wyczułam delikatną nutę gadziego zapachu ale nic ponadto. Niepokojącym był fakt, że ślad zmierzał dokładnie w tym samym kierunku co my. Pozostało nam tylko wzmóc czujność.

Zaczęło powoli zmierzchać, kiedy Thar'zitt i Miriel wyczuli dużą ilość esencji żywiołu drewna. Jette potwierdził, że się zbliżamy. Wyznaczyliśmy role. Jette miał upolować coś do jedzenia, ja byłam odpowiedzialna za zwiad a reszta za przygotowanie obozu. Ruszyłam więc w mrok, ostrożnie rozglądając się na boki.
Gdy usłyszałam głosy przywołałam zwierzęta, kazałam im zostać zaś sama podkradłam się do obozu. Moim oczom ukazała się duża połać wykarczowanego terenu. Wyszłam między wycinką drzew, na której pracowali niewolnicy z nogami skutymi kajdanami, a wielkim dołem, przykrytym solidną kratą, który kazał się domyślać siedziby niewolników. Pośrodku obozu stały dwa duże namioty a na obrzeżach trzy budynki. W jednym w nich bez trudu rozpoznałam magazyn esencji. Wszystko ustawiono tak, by patrolujący teren strażnicy zawsze się widzieli. Domyśliłam się, że jest to dobrze zorganizowane wojsko. Co ciekawe strażnicy mieli ze sobą krojeny. Naliczyłam cztery sztuki. Cofnęłam się nieco i przywołałam Hator. Korzystając z jej zmysłu spojrzałam w przestrzeń astralną, żeby obejrzeć najbliższego strażnika. Od razu zorientowałam się, że nie jest Adeptem. Jakim więc cudem służą im krojeny? Dopiero po chwili, gdy kot się odwrócił, dostrzegłam bijącą od niego magię, konkretnie od obroży, którą miał na sobie. Magię i ból. Zrozumiałam. Zmuszają je magią by im służyły. Barbarzyńcy! Kątem oka dostrzegłam poruszenie na skraju obozu. Jakiś krojen, czyli piąta sztuka, właśnie znikał w lesie. Porzuciłam swoje stanowisko obserwacyjne i poszłam za zwierzęciem. Znalazłam go kawałek dalej. Kot przegryzł sobie tętnicę i powoli się wykrwawiał. Niemal fizycznie czułam jego ból. Jego oszalały umysł. Skróciłam mu cierpienie przyrzekając sobie, że ci barbarzyńcy zapłacą mi za to. Gdy krojen wyzionął ducha obroża rozpięła się i spadła. Ostrożnie nagarnęłam ją patykiem do torby. Chciałam, żeby nasi magowie rzucili na nią okiem, może to jakaś znana im magia.

Gdy wróciłam do obozu wszystko było już gotowe a dżunglę opanowała ciemność nocy. Upewniłam się, że nic się nie działo, wzięłam patyk i naszkicowałam im obóz. Pokazałam magom obrożę. Thar'zitt rozpoznał ten przedmiot. Podobno jego wpływ na organizm jest tak silny, że po kilku dniach zwierzę popada w szaleństwo. Niestety nie był w stanie określić czy jest jakiś sposób zdjęcia obroży, bez uszkodzenia kota. Oczywiście prócz odebrania strażnikowi jej drugiej części, czyli tej, za pomocą której kontroluje on zwierzę. Długo dyskutowaliśmy nad planem. Zgodziliśmy się, że najpierw trzeba cicho pozbyć się krojenów. Jette znał odpowiednie grzyby, z których wywar uśpi koty. Będę zwabiała je pojedynczo a Jette usypiał. Gdy krojeny będą unieszkodliwione Thar'zitt podpali magazyn z esencją zaś Durgol, Amarin i Miriel uwolnią niewolników. Wraz z Miriel i Jette ruszyliśmy na poszukiwanie grzybów. W ciemnościach nie było to proste, ale Pasje nam sprzyjały i wkrótce mieliśmy dość, by uśpić zwierzęta. Przygotowaliśmy wywar zaś Durgol w tym czasie zrobił trochę prowizorycznej broni, przymocowując do patyków groty i żądła cieniopłaszczek. Przygotowani i zdecydowani uderzyć przed świtem położyliśmy się spać. Słyszałam jeszcze jak Baron zadaje Miriel ciekawe pytanie. Poprosił ją, by jednym słowem określiła każdy z żywiołów, jak go rozumie. Nie słyszałam odpowiedzi elfki. Zasnęłam.

Było jeszcze całkowicie ciemno, kiedy poczułam jednocześnie dotyk na ramieniu i usłyszałam ostrzegawcze warknięcie Hator.

„Raven” – usłyszałam cichutki głos Miriel. – „Coś się zbliża do nas. Możesz zerknąć co to?”

„Z której strony?” – zapytałam próbując przebić wzrokiem ciemności.

Miriel wskazała mi ręką. Hator leżała, wpatrując się w dżunglę, z postawionymi uszami. Pogłaskałam jej miękkie futro i zerknęłam w przestrzeń astralną. Dostrzegłam niezwykła istotę. Był to niewątpliwie Dawca Imion chociaż wyglądał jak gad. Umięśnione ciało, zbroja, w dłoni łuk refleksyjny, dziwnie wygięty, i wzorzec tak skomplikowany, jakiego nigdy wcześniej nie widziałam. Poruszał się bezszelestnie. Nie wyglądał jakby miał wrogie zamiary. Bardziej jakby był zaciekawiony kim jesteśmy. Zrozumiałam, że to do niego należał znaleziony wcześniej ślad.

Cicho przekazałam informacje Miriel. Zdecydowała żeby obudzić resztę. Nie spali już gdy nagle odezwała się Miriel.

„To Smokowiec.”

„Co?” – spytaliśmy niemal jednocześnie.

Przeszły mnie ciarki. Jeśli Smokowiec to tylko Usuna. A Usun, jak każdy wie, jest jednym z najokrutniejszych smoków Barsawii. Najbardziej tajemniczy, najbardziej nieprzewidywalny i chyba jedyny, który nienawidzi wszystkiego, co nie jest Wielkim Smokiem zaś Dawców Imion traktuje jedynie jako marną rozrywkę, ewentualnie przekąskę przed głównym daniem. Smokowiec takiego pana na pewno nie jest nastawiony do nas przyjaźnie. Jednak nasi panowie, kompletnie nie posiadający instynktu samozachowawczego, doprawdy nie wiem jakim cudem oni przeżyli do tej pory…, postanowili wykorzystać okazję, zaczepić Smokowca i zaprosić go na pogawędkę. Obie z Miriel zaprotestowałyśmy gwałtownie ale na nic się to nie zdało. Baron, poproszony przez Durgola i Thar'zitta, zagadał do odchodzącego już Smokowca. Bardziej wyczułam niż usłyszałam, że postanowił przyjąć zaproszenie do rozmowy.

Kiedy wszedł na polanę poczułam się jeszcze bardziej nieswojo niż jak skradał się między drzewami. Wielki, jaszczurczy pysk, zimne w wyrazie oczy, zielonkawa zbroja i brak mimiki twarzy sprawiał, że dużo większą ochotę miałam pójść sobie stąd niż z nim rozmawiać. Amarin, Thar'zitt i Durgol nie mieli jednak takich oporów.
Smokowiec potwierdził, że jego panem jest Usun i oznajmił, że Smok zamierza spopielić Dawców Imion niszczących jego dżunglę. Za dwa dni po obozie zostanie tylko wypalona, lita skała. Niestety nie obchodzi go, że zginą przy tym niewolnicy. To tylko nic nie znaczący pył. Thar'zittowi udało się jednak namówić Smokowca, żeby podzielił się z nami informacjami o obozie, a my zajmiemy się ukaraniem winnych w jego imieniu. Smokowiec zdradził nam, że magazyn esencji jest zabezpieczony esencją ziemi, więc nie da się go spalić z zewnątrz a także przekazał Thar'zittowi zaklęcie, które rozproszy magię krwi z obroży krojenów. Powiedział nam, że w obozie jest dwóch Adeptów, Iluzjonista piątego kręgu i Fechmistrzyni siódmego. Sam już wyeliminował kilku strażników. Każdy, który oddali się od obozu jest przez niego zabijany. Na koniec przekazał nam jeszcze wiadomość od swojego pana „Mój pan każe powiedzieć, że się nudzi.” Pięknie. Znudzony Smok. Fantastycznie. Oby nie poczytał sobie za przednią rozrywkę zapolować na nas i uwolnionych niewolników. To by dopiero była zabawa…

Smokowiec zniknął w dżungli a my musieliśmy zweryfikować plan. Stanęło na tym, że Thar'zitt będzie rozpraszał obroże a kiedy krojeny będą wolne ja otworzę mu drzwi do magazynu, żeby mógł cisnąć do środka kulę ognia, zaś reszta, zgodnie z planem, uwolni niewolników jak zrobi się zamieszanie.

Plan wydawał się dobry. Każdy znał swoje zadanie. Było jeszcze ciemno, kiedy przekradliśmy się pod obóz i zajęliśmy pozycje. Thar'zitt rzucił czar. Zobaczyliśmy jak jeden z krojenów nagle otrząsnął się, jakby z letargu, rozejrzał się na boki, po czym, z furią w oczach, rzucił się do gardła najbliższemu strażnikowi. Nie było mi szkoda tego człowieka. Zasłużył sobie. Jego towarzysz, widząc co się dzieje, skoczył w kierunku krojena z obnażonym mieczem. Na pomoc koledze było jednak za późno. Kot, dokonawszy mordu na swoim oprawcy, skoczył w dżunglę. W obozie zrobiło się poruszenie. Z jednego z domków wyszła kobieta. Elfka była w samej bieliźnie ale w dłoni trzymała miecz. Długie włosy splotła w warkocz, zakończony jakimś ostrzem. Kilka ostrych słów wystarczyło, żeby porozstawiać żołnierzy po kątach. Kiedy słuchała ich relacji dostrzegłam jak Thar'zitt skrzywił się niezadowolony. Kolejny czar nie wszedł. Do moich uszu dobiegł podniesiony głos elfki.

„Od początku mówiłam, że to głupi pomysł z tymi krojenami. Po dorzynać je.”

Tego już było za wiele! Nawet nie wiem, czy kazałam swoim zwierzętom zostać. Pazury same wyskoczyły z dłoni kiedy, oślepiona szałem, rzuciłam się na elfkę.

To nie był przeciwnik dla mnie, ale kompletnie mnie to wtedy nie obchodziło. Bardzo szybko znalazłam się na ziemi, ranna, trzymana przez kilku żołnierzy. Nie wiem co się działo za moimi plecami, ale nagły atak jednego z żołnierzy na dowódczynię i późniejszy atak innego na jednego z tych, którzy mnie trzymali, uświadomił mi, że moi towarzysze się zdemaskowali i też próbują walczyć. Chciałam wykorzystać swoją szansę, kiedy zwolnił się ucisk na mnie, i potraktowałam jednego z mężczyzn pazurami, paskudnie rozrywając mu skórę. Sekundę później poczułam miecz na gardle. Spojrzałam w chłodne oczy elfki.

„Nie radzę tego powtarzać.” – powiedziała spokojnie.

Uniosłam ręce w geście poddania.

„Nie zabijaj krojenów.” – poprosiłam.

„Ach…” – Fechmistrzyni, po raz pierwszy, wyglądała na ubawioną. – „To o to chodzi.”

To nie była długa walka. W pewnej chwili dźwignięto mnie z ziemi i popchnięto w kierunku budynku, który zajmowała elfka. Dostrzegłam jeszcze swoich towarzyszy, prowadzonych prosto do klatek. Nie doliczyłam się Amarina. Ciekawe, co stało się z elfem. Czyżby nie żył…

Wnętrze budynku było urządzone skromnie i surowo. W środku siedział mężczyzna, zapewne ów Iluzjonista. Jeszcze dobrze nie weszłam do środka, kiedy elka, ze stoickim spokojem, zapytała mnie czy chcę się napić wina i podsunęła mi pucharek. Nie skrępowano mnie, nie założono kajdan. Sytuacja wydawała się dziwna. Podziękowałam za wino, upiłam łyk i usiłowałam usadzić się na podsuniętym krześle tak, żeby krwawiące rany nieco mniej bolały. Syknęłam przy tym. Fechmistrzyni spojrzała na krew.

„A, tak.” – przywołała gestem dłoni żołnierza, który już kierował się do wyjścia. – „Przynieś eliksir leczenia.” – mężczyzna wyszedł. – „Mamy tego na tony.” – zwróciła się do mnie. – „Może pieczeni? Bażant. Niezwykle smaczny i delikatny.” – podsunęła mi talerz.

Machinalnie podziękowałam i skosztowałam nieco mięsa. Faktycznie było wyborne. Chwilę później żołnierz wrócił i wręczył mi eliksir. Dopiero kiedy jego magia przepłynęła przez moje ciało poczułam się na tyle swobodnie, by zacząć myśleć nieco jaśniej.

„Czym sobie zawdzięczam to traktowanie?” – zapytałam przyglądając się kobiecie.

„Niewiele jest rzeczy, które są mi w stanie zaimponować, ale zdecydowanie należy do nich odwaga. Powiedz mi, jakim trzeba być fanatykiem, żeby rzucić się samej na dobrze uzbrojony oddział żołnierz ratując kilka zwierzaków?”

„Jestem Władcą Zwierząt.”

„Domyśliłam się.”

„I Głosicielem Jaspree. To naturalne, że będę broniła zwierząt przez bestialstwem i torturami. Nazywacie nas barbarzyńcami ale to, co zrobiliście tym biednym kotom, jest doskonałym przykładem barbarzyńskiego i okrutnego zachowania.”

„Rozumiem. Osobiście uważam, że pomysł z obrożami kompletnie się nie sprawdza. Zakładam, że to nie jest jedyny powód waszej obecności tutaj? Zdradzisz mi co was sprowadziło do dżungli?”

„Nie. Nie jest jedyny.” – zastanowiłam się przez chwilę. Kobieta wyglądała na kogoś z kim można porozmawiać konkretnie i dojść do porozumienia. Chciałam uratować krojeny ale także moich przyjaciół, więc postanowiłam być z nią maksymalnie szczera. – „Przyszliśmy śladem naszego przyjaciela. Chcieliśmy go odzyskać.”

„Kto to taki?”

„Nie wiem, czy jego imię coś Ci powie. To elf. Nazywa się Tanilew.”

„Ten nicpoń.” – elfka uśmiechnęła się nieznacznie. – „Sprzedano nam go za długi. Nie był wiele wart. To nie mogliście zwyczajnie przyjść do nas i go odkupić?”

„Nie handlujemy Dawcami Imion.” – oburzyłam się.

„No tak. Te wasze dziwne zwyczaje.”

„Nie zrobisz krzywdy krojenom?”

Przyjrzała mi się badawczo.

„Potrafisz je odesłać tak, żeby nikogo z moich ludzi nie skrzywdziły.”

„Potrafię.”

„W takim razie pozwolę Ci to zrobić.”

Skinęłam głową.

Wyszłyśmy na zewnątrz. Poprosiłam kobietę, żeby kazała swoim ludziom przyprowadzić koty.

„Podejdę na skraj dżungli. Każecie im, pojedynczo, podchodzić do mnie. Na mój znak zwolnicie obroże a ja je odeślę.”

Żołnierze wykonali polecenie. Po kilku chwilach wszystkie krojeny odeszły bezpiecznie do dżungli. Wróciłam do elfki.

„Dziękuję. Co teraz?” – spojrzałam na nią pytająco.

„Jestem zmęczona, niewyspana, nie mam siły teraz o tym myśleć. Nie mam też ochoty wrzucać cię do klatki. Czy dasz mi swoje słowo, że jeśli zostawię ci wolność nie zrobisz nic głupiego i będziesz tutaj rano? Dowiodłaś, że twojemu słowu można ufać.”

„Daję ci swoje słowo.”

„Dobrze. Znajdź sobie jakiś wygodny kąt do spania. Możesz iść do magazynu z drugiej strony obozu. Jest dość pusty. Rano przyniosą ci śniadanie. Porozmawiamy jak wstanę, czyli tak koło południa.”

„W dżungli czekają moje zwierzęta. Jedno z nich to krojen. Czy mogę je tu przyprowadzić i nie stanie im się krzywda?”

„Możesz. Powiem swoim ludziom, żeby trzymali się od nich z daleka a ty pilnuj, żeby one nie wchodziły żołnierzom w paradę.”

„Nie będą.”

Przeszłam na skraj dżungli i przywołałam zwierzaki. Nie niepokojona przez nikogo minęłam obozowe namioty i skierowałam się do wskazanego przez elfkę magazynu. Nie był duży, ale faktycznie rzeczy w środku było niewiele i na klepisku można było się w miarę wygodnie przespać. Ułożyłam się pod jedną ze ścian. Hator, jak zwykle, przytuliła się do mnie zaś Noir i Szafir znalazły wygodniejsze miejsca pod sufitem. Długo leżałam w ciemności zastanawiając się co dalej. Nadal chciałam uwolnić niewolników, nadal pałałam nienawiścią do Dawców Imion, którzy z takim okrucieństwem potraktowali krojeny. Nad nami wisiało jeszcze widmo wizyty smoka, który raczej nie będzie wybierał swoich ofiar. Musiałam coś wymyślić i plan musiał być dobry. Wiele zależało od porannej rozmowy z elfką. Nie byłam pewna, jak daleko będę w stanie się posunąć, żeby spróbować nas wyciągnąć z tej patowej sytuacji. Cóż, zobaczymy co przyniesie nowy dzień. Ufam, że Pasje są po naszej stronie i znajdziemy rozwiązanie. Postanowiłam się przespać. Wszak zmęczona i jeszcze lekko ranna nie myślę jasno.

tymczasem…

Thar'zitt, Durgol, Miriel i Jette, po nierównej walce trafili do klatek z niewolnikami, gdzie w skrajnym ścisku odnaleźli Tanilewa. Elf oznajmił im, że nie ma figurki, odebrał mu ją jeden ze strażników, ale jakiś czas później zaginął w dżungli. W świetle informacji od Smokowca wywnioskowali, że figurka dostała się właśnie w jego ręce i trafi do Usuna.

Miriel nie wytrzymała napięcia związanego z beztroskim podejściem towarzyszy do sytuacji, w której się znaleźli i wrzasnęła, żeby się ogarnęli bo za dwa dni Smok spali całe to miejsce. Oczywiście zwróciło to uwagę strażników, którzy szantażem zmusili ją do opuszczenia klatki i zawlekli do Fechmistrzyni, mocno już wkurzonej, gdyż zaledwie położyła się spać. Miriel poinformowała ją, że Usun o nich wie, że znajdują się na jego terenie, niszczą jego dżunglę i smok zamierza zrobić z nimi porządek. Fechmistrzyni odesłała ją do klatek.

Amarin zaś, najgenialniejszy z elfów, i jedyny nie pojmany członek drużyny, odnalazł Barona, wziął go pod pachę i kazał się zaprowadzić, tropem Smokowca, do jego pana, szanownego smoka Usuna, żeby go poprosić o pomoc… Szczęście w nieszczęściu, że Thar'zitt może się porozumiewać z Baronem na dość duże odległości, chociaż jak napotkają jakiegoś Skeorksa, stadko krojenów albo pomniejszego horrora to możliwość pogawędki z Thar'zittem niewiele Amarinowi pomoże.


_________________
Becouse, realy, kill it with fire should be Your first reaction to a problem!

Zapraszam na mojego bloga: https://aurayablog.wordpress.com/


Ostatnio edytowano 29 mar 2016, 13:50 przez Auraya, łącznie edytowano 1 raz

Lubią to!: 1 osób
Jankoś(28 mar 2016, 15:37)
Góra
  Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Earthdawn Kronika Przygód
PostNapisane: 29 mar 2016, 13:10 
Offline
Postrach tajgi
Postrach tajgi
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 17 maja 2008, 09:05
Posty: 262
Polubił post: 25 razy
Polubiono jego post: 26 razy
Świetny wpis do kroniki! Bardzo dziękuję za wzmiankę o T'skrangach, doceniam to, a dla Thar'zitta to też bardzo ważne, że ktoś przywiązuje taką wagę do naszego kręgu życia.

Mała prośba- ilekroć widzę jakąkolwiek relację z sesji w której występuje mój wesoły t'skrang to każdy błędnie zapisuje jego imię. I nic dziwnego, nikogo za to nie winię! T'skrangowe imiona są niejednokrotnie bardzo trudne w zapisie nawet dla samych t'skrangów. Dlatego podaję dokładnie zapis: Thar'zitt

i uprzejmie proszę o poprawne zapisywanie ;)

_________________
"Jasność tysiąca słońc, rozbłysłych na niebie, oddaje moc Jego potęgi. Teraz stałem się Śmiercią, niszczycielem światów"

Bhagawadgita/ J. Robert Oppenheimer


Góra
  Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Earthdawn Kronika Przygód
PostNapisane: 29 mar 2016, 13:51 
Offline
Hamierykański tomahawek
Hamierykański tomahawek
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 08 lut 2015, 23:13
Posty: 139
Lokalizacja: Buczek, gmina Poświętne n. Pilicą
Polubił post: 2 razy
Polubiono jego post: 27 razy
Pan wybaczy. Już poprawione. :D

Kronikarka nigdy nie widziała zapisanego imienia naszego ekscentrycznego t'skranga, stąd zapis fonetyczny ;)

_________________
Becouse, realy, kill it with fire should be Your first reaction to a problem!

Zapraszam na mojego bloga: https://aurayablog.wordpress.com/


Góra
  Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Earthdawn Kronika Przygód
PostNapisane: 11 kwi 2016, 20:01 
Offline
Hamierykański tomahawek
Hamierykański tomahawek
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 08 lut 2015, 23:13
Posty: 139
Lokalizacja: Buczek, gmina Poświętne n. Pilicą
Polubił post: 2 razy
Polubiono jego post: 27 razy
Sojusznik

Kręciłam się niespokojnie na posłaniu myśląc, co przyniesie kolejny dzień. Pozorna wolność, którą dała mi tajemnicza elfka, doskwierała i niepokoiła. W końcu usiadłam, wygrzebałam kawałek pergaminu i węgiel i, przysunąwszy się do drzwi wejściowych, nakreśliłam kilka słów do Miriel. Napisałam, że jestem w obozie, wolna, i spytałam, czy mają jakiś plan. Przywołałam Noir, zwinęłam pergamin z kawałeczkiem węgla i poprosiłam, żeby poleciał niezauważony do Miriel. Kruk zniknął w ciemności nocy. Usiadłam przy uchylonych drzwiach zerkając na zewnątrz. Po kilku minutach usłyszałam w głowie głos „Trzymaj się blisko nas. Unikaj ognia. Przynieś coś do jedzenia.” Rozejrzałam się instynktownie. Dopiero po chwili do mnie dotarło, że Thar’zitt ma talent przesyłania wiadomości w mowie powietrza. „Bardzo zabawne” mruknęłam pod nosem wiedząc, że t’skrang nie usłyszy odpowiedzi. Nawet nie zauważyłam kiedy, bezszelestnie, Noir wleciał do chaty i zrzucił mi pergamin na kolana. Podziękowałam przyjacielowi. Wiadomość była krótka. „Nie mamy planu.” Cóż. Nie pozostało mi nic innego jak czekać na następny dzień i spróbować dogadać się z przywódczynią Theran.

Gdy dzień rozjaśnił ciemności nad dżunglą Liaj do mojego schronienia zaczęły dochodzić odgłosy pospiesznej krzątaniny. Pozbierałam swoje rzeczy i miałam właśnie wychodzić, kiedy do pomieszczenia wszedł jeden ze strażników.

„Państwo zapraszają do siebie na śniadanie” – oznajmił.

„Do siebie?” – spytałam zaskoczona. Spodziewałam się raczej jakiegoś skromnego posiłku w samotności.

„No chyba, że Pani nie chce…”

„Nie, nie, pójdę. Z przyjemnością skorzystam. Dziękuję.”

Mężczyzna przesunął się, żebym mogła wyjść. Rozejrzałam się po obozie. Wycinka, z której wydobywano esencję, była pusta, z magazynu grudek żołnierze wynosili pojemniki pakując je do plecaków.

„Co się dzieje?” – spytałam, w zasadzie nie oczekując odpowiedzi.

„Pani towarzyszka powiedziała o smoku. Zwijamy obóz.”

„Ach tak…”

W mojej głowie powoli rodził się plan jak uratować niewolników. Zachowanie Fechmistrzyni dało mi nadzieję, że jednak nawet wśród therańczyków zdarzają się osoby, które nie zachowują się jak władcy świata i uzurpatorzy. I mimo, że do tej pory nienawidziłam ich całym sercem za krzywdy, których byłam świadkiem, w tamtej chwili pomyślałam, że jednak mogę się mylić, że wrzucanie wszystkich do jednego worka nie jest dobre. Rozglądając się na boki dotarłam do chaty zamieszkiwanej przez parę dowódców. Drzwi były otwarte, mimo to zapukałam we framugę. Zdecydowane „proszę” zachęciło mnie do wejścia.

Para była już ubrana i gotowa do drogi. Zaproszono mnie do niewielkiego stolika, zastawionego skromnym ale smacznym posiłkiem. Kiedy wzięłam się za jedzenie elfka opowiedziała mi, że Miriel zdradziła jej planowany atak smoka i dopytała, czy to prawda. Oczywiście potwierdziłam te informacje, podobnie jak te o czasie owego ataku.

„Co z niewolnikami?” – spytałam w końcu.

„No właśnie…” – elfka obrzuciła mnie uważnym spojrzeniem. – „Masz jakieś propozycje?”

„Będą stanowili zbędny balast w ucieczce przez dżunglę. A chyba nie chcecie ich wszystkich pozabijać?”

„Nie. Nie jesteśmy mordercami.”

„Wypuście ich. Nie zabierzecie ich ze sobą a wolni mają szansę uciec przed gniewem Usuna.”

„A później nas wytropią i pozabijają?” – odezwał się nagle mężczyzna.

„Czemu mieliby to zrobić? Mamy poważniejszy problem na głowie niż ganianie was po dżungli.”

„Nie doceniasz siły zemsty, moja droga. I determinacji.”

„Możemy rozwiązać ten problem.” – wtrąciła się Fechmistrzyni. – „Dacie nam przewagę. Obiecasz mi, że zostaniecie tutaj do wieczora i dopiero wtedy uwolnisz niewolników.”

„Nie mogę mówić za wszystkich.” – skupiłam znów swoją uwagę na kobiecie. – „Ale jeśli mi pozwolisz porozmawiam ze swoimi towarzyszami i z niewolnikami. Myślę, że zgodzą się poczekać jeśli zapewnię ich, że ocalą życie.”

„Idź. I daj mi znać co ustaliliście.”

Skinęłam głową.

Na zewnątrz panował wciąż ożywiony ruch. Nie wyczułam paniki. Żołnierze byli dobrze wyszkoleni, także do ewakuacji. Patrząc na nich byłam przekonana, że do południa po obozie nie będzie już śladu.

Podeszłam do krat, nie zaczepiana przez żadnego ze strażników. Bez trudu znalazłam moich przyjaciół. Miriel stała pomiędzy Durgolem a Thar’zittem, którzy próbowali rozciągnąć krępujące jej dłonie łańcuchy, zaś przed nią stał barczysty ork o brązowych włosach próbujący rozciągnąć wewnętrzne ogniwo owego łańcucha. Dół był pełen Dawców Imion, stłoczonych jeden przy drugim, więc działania drużyny wyglądały dość karkołomnie.

„Dobrze się bawicie?” – spytałam siadając na kratach tuż nad nimi.

„O! Raven. Przyniosłaś coś do jedzenia?” - Thar’zitt podniósł głowę i spojrzał na mnie, nie przerywając ciągnięcia łańcucha.

„Nie. Ale mam propozycję uwolnienia nas. Od Fechmistrzyni.”

Szybko zrelacjonowałam im co udało mi się uzyskać. Kiedy skończyłam ork przyjrzał mi się uważnie, po czym zwrócił się do Thar’zitta z pytaniem kim jestem i dlaczego współpracuję z Theranami.

„Miriel, podejmij decyzję.” – zignorowałam kąśliwe uwagi orka na temat mojej lojalności. – „Ten Iluzjonista coś napomknął o przysiędze krwi, jeśli chcesz mogę ją złożyć. To zapewni nam prawdomówność Theran. Nie wiem jak wy ale ja wolę przeżyć niż się mścić.”

„A oddadzą nam nasze rzeczy?” – dopytał t’skrang.

„Zapytam.”

Łańcuch pękł z metalicznym szczęknięciem. Miałam się już podnieść, gdy znów usłyszałam głos w głowie „Odzyskaj nasze rzeczy jak najszybciej i przyjdź tutaj. Usun za chwilę tu będzie. Zginą tylko ci, których będzie chciał zabić więc to bardzo ważne, żebyś była przy nas.” Spojrzałam przerażona we wpatrzone we mnie oczy Thar’zitta. Otworzyłam usta. „Zaufaj mi.” Rozbrzmiało znów w mojej głowie. Skinęłam tylko. Przyznam, że w tamtej chwili musiałam zebrać całą swoją silną wolę, żeby nie spanikować. A jeśli się nie uda? Jeśli Usun pozabija nas wszystkich? Na jakiej podstawie Thar’zitt wierzy, że ocalejemy? Z kompletnym galimatiasem w głowie weszłam do chaty Fechmistrzyni. Chyba nawet nie zapukałam.

Oznajmiłam, że zapadła decyzja, że damy im odejść i nie będziemy się mścić. Poprosiłam tylko o zwrot rzeczy. Błyskawicznie pojawił się żołnierz ze wszystkim, co nam zabrano, prócz przedmiotów magicznych. Podziękowałam.

„Cóż, Pani…” – zawiesiłam głos i spojrzałam pytająco na Fechmistrzynię.

„Terigla.”

„Raven” – skłoniłam lekko głowę. – „Teriglo, mam nadzieję, że jednak się ponownie nie spotkamy.”

„Ja również, Raven.”

Wyszłam z budynku. Rzuciłam jeszcze okiem na obóz i wróciłam do klatek. Zrzuciłam nasze rzeczy przy kracie i usadowiłam się w miarę wygodnie tuż nad moimi towarzyszami. Przywołałam zwierzęta. Objęłam Hator ramieniem przytulając ją do siebie. Potrzebowałam tego chyba bardziej niż ona.

Nagle powietrze pociemniało. Konary drzew poruszyły się niespokojnie. Przygarnęłam bliżej zwierzęta. Mieszkańcy obozu dostrzegli, że coś się dzieje. Nad polanę nadciągnął gęsty, szary dym. Zobaczyłam jak dotyka ziemi, otacza żołnierzy, jak padają na ziemię chwytając się za gardła. Nad moją głową przesunął się potężny kształt. Ogromne, rozpostarte szeroko skrzydła, potężne cielsko. Widziałam go tylko przez moment. Dym zaczął mnie dusić. Przez chwilę pomyślałam, że to ostatni obraz w moim życiu. Osuwając się na kraty dostrzegłam jeszcze sylwetkę Terigli. Jako jedyna w całym obozie stała dumna i wyprostowana z mieczem skierowanym w niebo. Zakryła mnie ciemność.

Tutaj notatki stają się nieczytelne, wielu próbowało je rozszyfrować ale najwyraźniej jest to tylko jakiś bełkot. Być może autorka była pod wpływem zatrutego dymu. Tego nie wiemy i zapewne nie dowiemy się nigdy.

Świadomość wracała powoli. Bardzo powoli. Zakrztusiłam się jakimś płynem, w ustach miałam posmak dymu i potwornie kręciło mi się w głowie. Instynktownie odszukałam zwierzęta. Wyglądały na lekko zamroczone ale żyły. Podobnie jak moi towarzysze, siedzący na ziemi i rozglądający się ciekawie. Wokół nas kręciło się kilku smokowców. To oni podali nam jakiś dziwny płyn, który pomagał otrząsnąć się ze skutków zatrucia. Widząc, że Thar’zitt podlewa nim Barona poprosiłam o fiolkę i napoiłam zwierzęta. Od razu zrobiły się żywsze. Smokowiec, który wcześniej z nami rozmawiał, upewnił się, że dobrze się czujemy i poprosił żebyśmy poszli za nim. Między drzewami dostrzegłam grupę Dawców Imion. Rozpoznałam w nich Theran. Byli bez więzów, skąpo ubrani, wyglądali jakby byli czymś zamroczeni. Smokowcy nie podali im napoju, który my dostaliśmy. Prowadzono ich w tym samym kierunku co nas. Prócz całej naszej drużyny dostrzegłam także tajemniczego orka z klatki. Okazało się, że jest on dawnym przyjacielem Thar’zitta, ma na imię Borgil i jest kawalerzystą.

Nie szliśmy długo. Drzewa rozstąpiły się i stanęliśmy na szczycie sporej kotliny. Oniemiałam. Dolina przypominała żywy roślinny organizm, aż bijący magią esencji żywiołów. Wokoło pełno było wszelkich gatunków zwierząt wspólnie koegzystujących, zaś pośrodku, na leżu z ogromnego drzewa, spoczywał majestatyczny smok. Jego wspaniałe ciało było gładkie i mocno umięśnione, pokryte nakładającymi się, oksydowanymi zielenią łuskami, błyszczącymi jak polerowana miedź. Kiedy się podniósł jego skrzydła i brzuch błysnęły kolorami bladej zieleni. Szeroka głowa, wyposażona w parę rogów zakręconych jak u barana, i zestaw potężnych szczęk z zębami zaostrzonymi od polowań i walki zwróciła się w naszą stronę. Przeszły mnie ciarki.

„Podejdźcie.” – rozległo się w naszych głowach.

Nieco niepewnie zbliżyliśmy się do wspaniałego stworzenia. Smok oznajmił nam, że nie powinniśmy się go bać ponieważ ktoś się za nami ujął. Spojrzał przy tym bardzo wymownie na Thar’zitta.

„Mam dla was zadanie.” – smocza postać zamigotała, skurczyła się i stanął przed nami muskularny ork. – „W dodatku myślę, że się wam spodoba.”

„Ciekawy dobór rasy” – wymruczałam pod nosem przyglądając się orkowi ciekawie.

„Słucham?” – smok odwrócił się w moją stronę. Mimo postaci Dawcy Imion wcale nie wyglądał mniej groźnie.

„Nie, nie, nic takiego. Kontynuuj.”

„Zapomniałbym… Jedna z tych najeźdźców mówiła o Tobie, Raven.” – spojrzał mi w oczy.

„Co mówiła?”

„Wołała cię. Krzyczała żebyś ją uratowała, że woli zginąć niż zapomnieć swoją dyscyplinę.”

„Co z nimi robisz?” – wtrącił się Durgol.

„Pokazuję im inną ścieżkę życia. Znacie ich jako Poskramiaczy.”

„To dlatego, że nie dajecie im tej dziwnej wody?” – drążył krasnolud.

„Tak.”

„Mógłbyś to odwrócić?” – spytałam.

Dostrzegłam wściekłe spojrzenie Miriel ale postanowiłam je zignorować.

„Jeszcze tak.” – uwaga Usuna znów skupiła się na mnie.

„Gdybym cię o to poprosiła czego chciałbyś w zamian?”

„Dobre pytanie.” – smok zamyślił się a ja czułam na sobie wściekłe spojrzenie Borgila. Ten ork chyba mi nie ufał ale wcale mnie to nie dziwiło. W końcu nie zna mnie tak dobrze jak moi przyjaciele. – „Będziesz mi winna przysługę.” – wyrwał mnie z zamyślenia głos Usuna.

„W porządku. Odmień ją. Tylko chcę, żeby wiedziała, komu to zawdzięcza.”

Ork, bez słowa, spojrzał na jednego ze smokowców. Chwilę później stała przed nami Terigla. Jeszcze nieco zamroczona ale już dość przytomna, żeby wiedzieć co się stało.

„Dziękuję.” – powiedziała patrząc mi prosto w oczy. – „Jestem twoją dłużniczką do końca życia.”

„Po prostu nie zniewalaj już więcej Dawców Imion. Nie jesteśmy barbarzyńcami, za których nas uważacie.”

„Nie będę. Przysięgam.”

Skinęłam głową i odwróciłam się. Nie miałam jej nic więcej do powiedzenia. Mam tylko nadzieję, że ta przygoda ją czegoś nauczyła. A i ja wyniosłam z niej stosowną naukę.

Smokowcy odprowadzili Teriglę a ja znów skupiłam się na Usunie.

„Zapewne każdy z was słyszał o klasztorze, w którym Elianar Messias badał Księgi Cierpienia?” – potaknęliśmy. – „Udało mi się znaleźć zapiski, które wskazują gdzie on się znajduje. Chciałbym żebyście go odnaleźli i przynieśli mi wszystko, co w nim znajdziecie. A jeśli czegoś nie da się zabrać narysujcie to dla mnie.”

„To on nadal istnieje?!” – wyrwało mi się.

„Tak przypuszczam. Po przeniesieniu się na Therę to ona stała się centrum wiedzy. Nikt nie zastanawiał się nad losami klasztoru i zapomniano o nim. Mam jednak powody przypuszczać, że pozostała tam wiedza, która mnie interesuje. Myślę, że to będzie dla Was przyjemność, mylę się?”

„Oczywiście, że to będzie przyjemność.” – odezwałam się natychmiast. – „Znalezienie przedpogromowego klasztoru będzie niesamowitym przeżyciem. No i wiedza, którą możemy tam znaleźć… Bezcenna.”

„Gdzie znajduje się klasztor?” – dopytała Miriel.

„To rodzaj zagadki. W części gór, gdzie zasypia słońce, za srebrzystą kaskadą. Spojrzeć musisz odpowiednim okiem. Nie odnajdziesz świętego miejsca bez szabli Mynbruje. To będzie wam potrzebne.” – wręczył nam piękną szablę. Wyglądała na bardzo starą a jednocześnie nienaruszoną zębem czasu. – „To przedpogromowa broń, wzmocniona esencją ziemi. Obecna w niej magia uaktywni się w odpowiednim miejscu albo w połączeniu z innym przedmiotem.”

Durgol dokładnie obejrzał broń i gwizdnął z uznaniem. Ustaliliśmy szczegóły zadania. Usun oddał nam resztę należących do nas rzeczy, a także statuetkę sfinksa, przez którą wpakowaliśmy się w ten cały bałagan. Dał nam też po jednej swojej łusce, która miała stanowić przepustkę przez dżunglę, żeby nic nas nie zaatakowało. Po złożeniu potężnej przysięgi krwi, która gwarantowała smokowi, że nic, co wiemy nie wyda się poza dżunglą, smokowcy wyprowadzili nas na jej skraj. Czas wrócić do szkoły Tyzdrina.

W tym miejscu kończą się nieczytelne notatki, nie mam pojęcia dlaczego autorka nagle zaczęła znów normalnie pisać, nie wiem też, jak to się stało, że drużyna uszła z życiem z masakry dokonanej przez smoka.

Z żalem opuściłam kojącą zieleń dżungli zastanawiając się, czy jeszcze kiedyś uda mi się ją odwiedzić. Liaj kryje w sobie masę tajemnic i oddałabym wiele, żeby je odkryć. Podróż nie trwała długo. Wkrótce trafiliśmy do Jerris, gdzie nasz nowy orkowy towarzysz trzymał swojego wierzchowca. Zabawiliśmy w karczmie jedną noc i świtem ruszyliśmy na pustkowia. Nie podjęłam tematu areny therańskiej. Nie jestem już taka pewna swoich uczuć co do tej nacji. Może nie wszystko wygląda tak jak mi się, początkowo, wydawało. Uznałam, że nabranie dystansu do całej sprawy, w kojącym towarzystwie mistrza Regala i jego zwierzyńca pomoże mi odzyskać wewnętrzną równowagę.

Podróż do szkoły Tyzdrina była spokojna. Całą drogę odbyłam pogrążona w milczeniu, odzywając się tylko, kiedy było to absolutnie konieczne. W głowie kłębiły mi się setki myśli. Nawet nie zauważyłam, kiedy otworzyły się przed nami drzwi do szkoły. Gdy tylko przywitaliśmy się z Tyzdrinem i oddaliśmy statuetkę przeprosiłam go i poszłam szukać obsydianina. Przywitawszy się z mistrzem przedstawiłam mu Noir i poprosiłam żeby pozwolił mi spędzić ze sobą czas, który mieliśmy przeznaczony na odpoczynek i szkolenia. Mistrz z ochotą przyjął moją pomoc. Przez dwa tygodnie doglądałam ogromnego herbinarium, opiekowałam się zwierzętami i uczyłam się rysować. To ostatnie nie wychodzi mi najlepiej. Będę musiała się bardziej przyłożyć i robić więcej szkiców. Tylko raz widziałam członków mojej drużyny, kiedy Miriel przyszła szukać ziół. Ćwiczyła alchemię i, w odróżnieniu od moich postępów w rysowaniu, robiła to z sukcesami.

Po dwóch tygodniach pracy i relaksu opuściliśmy bezpieczną przystań szkoły adeptów. Ruszamy na południe, w Góry Delaryjskie. Chcemy odnaleźć klasztor Elianara Messiasa. Problem w tym, że nie do końca wiemy, gdzie go szukać. Thar’zitt opuścił podziemny kompleks niezwykle zadowolony, twierdząc, że wie gdzie może się znajdować klasztor. Mam nadzieję, że faktycznie jest to wiedza a nie plotka. Wiadomości, które mieliśmy były dość skąpe by przypuszczać, że szukanie tego miejsca zajmie nam wieczność. Z drugiej strony każdy dzień podróży przez Barsawię daje nam szansę nauczyć się o niej czegoś nowego. Pełni zapału ruszyliśmy w kolejną podróż.

_________________
Becouse, realy, kill it with fire should be Your first reaction to a problem!

Zapraszam na mojego bloga: https://aurayablog.wordpress.com/


Lubią to!: 1 osób
Jankoś(11 kwi 2016, 20:25)
Góra
  Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Earthdawn Kronika Przygód
PostNapisane: 17 maja 2016, 12:23 
Offline
Hamierykański tomahawek
Hamierykański tomahawek
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 08 lut 2015, 23:13
Posty: 139
Lokalizacja: Buczek, gmina Poświętne n. Pilicą
Polubił post: 2 razy
Polubiono jego post: 27 razy
Ciche góry

Zaopatrzeni w ciepłe ubrania i zapas pożywienia skierowaliśmy się do pasma górskiego. Szybko okazało się, że mamy różne informacje na temat kierunku, w którym powinniśmy iść. Gdy stanęliśmy na przełęczy pośrodku Gór Delaryjskich Thar’zitt oznajmił nam, że przestudiował stare księgi w szkole adeptów i wzmianki o klasztorze wskazują na wschód, natomiast według wytycznych, które mieliśmy, powinniśmy iść na zachód. Postanowiliśmy zaufać naszemu źródłu i ruszyliśmy tam, gdzie zachodzi słońce. Początkowo szliśmy pogórzem, wchodząc coraz głębiej między skały. Szybko zorientowaliśmy się, że w górach jest coś dziwnego. Nienaturalna cisza. Nawet kopyta przepięknego wierzchowca Borgila nie wydawały dźwięku, jakiego można by się było spodziewać. Przypomniało mi się jak Trassis opowiadał o różnych rejonach w Barsawii kiedy mieszkał z moim plemieniem. Wspomniał coś o silnej magii wypełniającej Góry Delaryjskie, która sprawia, że wszystkie dźwięki są nienaturalnie wyciszone. Teraz zrozumiałam dlaczego to takie dziwne. Do tego góry wydawały się kompletnie opuszczone i tylko bogata fauna sprawiała, że czułam się odrobinę mniej obco.

W końcu dotarliśmy do rzeki. Żeby nie zgubić się w górach poszliśmy wzdłuż jej koryta. Mniej więcej w połowie dnia Hator zaniepokoiła się. Zatrzymałam drużynę i ostrożnie podeszłam do widocznego przed nami zakrętu. Wyjrzałam. W wodzie stał ogromny niedźwiedź, który właśnie wyrzucał sobie na brzeg obiad, w postaci świeżych ryb. Piękne zwierzę. Zapatrzyłam się na niego przez chwilę. Dopiero parsknięcie konia wyrwało mnie z zamyślenia.

„To niedźwiedź.” – odwróciłam się do drużyny. – „Ogromny niedźwiedź.”

Miriel i Thar’zitt zaczęli tkać wątki a Borgil chwycił za broń. Pokręciłam głową z niedowierzaniem. Czy oni się kiedyś nauczą, że nie należy rzucać się do zabijania każdej potencjalnie niebezpiecznej istoty, która stanie na naszej drodze? Pojęcie szanowania życia nie jest im chyba znane, co nieco dziwi w przypadku Mistrzów Żywiołów.

Wysunęłam się za załom i skupiłam na niedźwiedziu. „Płyń na drugą stronę rzeki” – pomyślałam, i niedźwiedź popłynął. Na brzegu została kupka ryb. Postanowiliśmy je zabrać. Będą jak znalazł na kolację. Przy okazji dały też rozrywkę Borgilowi i Durgolowi, którzy zaczęli się nimi obrzucać, robiąc taki hałas, że nawet magiczna bariera zatrzymująca dźwięk okazała się średnio skuteczna. Patrząc na nich doszłam do wniosku, że ciężko mi zrozumieć Dawców Imion. W mojej wiosce też zdarzały się ciekawe osobniki ale jednak im więcej się Dawców spotyka tym ciekawsze można poczynić spostrzeżenia.

Kawałek dalej Hator znów się zaniepokoiła. Węszyła tak, jakby nie do końca była pewna, co czuje. Zapożyczyłam jej węch. Niestety niewiele mi to dało. Woń odchodów, może jakiegoś zwierzęcia. Nie potrafiłam jej zidentyfikować. Dochodziła gdzieś z góry, ze skalnej ściany, którą właśnie mijaliśmy.

„Nie wiem co to ale myślę, że powinniśmy cicho ominąć i pójść dalej.” – oznajmiłam.

„Sprawdźmy to.” – zaproponował Amarin i podszedł do najbliższego występu skalnego.

„Co ty wyprawiasz?” – krzyknęła na niego Miriel.

„Idę sprawdzić co siedzi na górze” – wskazał głową na ścianę. Kilka metrów ponad nami dostrzegliśmy otwór jaskini.

„Oszalałeś?” – Miriel nie ustępowała.

Położyłam jej rękę na ramieniu.

„Zostaw. Jeśli chce się zabić to jego wola. Przynajmniej się dowiemy co kryje się w jaskini.”

Elfka zastanowiła się przez chwilę.

„W zasadzie to masz rację.”

Stanęliśmy w pewnym oddaleniu od skały, przypatrując się ciekawie jak nasz elfi samobójca zaczyna wspinaczkę. W pewnej chwili źle postawił stopę i zsunął się kawałek na dół, robiąc przy tym nieco hałasu. W jaskini coś się poruszyło. Przez ułamek sekundy dostrzegliśmy sylwetkę. Postać, dwunożna, przypominała trolla ale dużo większego, bardziej umięśnionego i jakby nieco zdeformowanego. Gdzieś na krańcach świadomości zamajaczyło mi słowo „ogr” i bynajmniej nie skojarzyło się pozytywnie. Amarin chyba też go dostrzegł, bo po chwili namysłu darował sobie wspinaczkę i, jakby nigdy nic, rzucił:

„Chodźmy.” - po czym ruszył w dalszą drogę.

Rzeka powoli zaczęła się zwężać a teren wspinać do góry. Borgil zrównał wierzchowca ze mną i zaczął dopytywać o gatunki zwierząt, które możemy spotkać w górach. Moja wiedza w tym zakresie była dość ograniczona. Żyłam w dżungli a nie w górach, więc to, co wiedziałam było bardzo niewystarczające zaś magia nie była w stanie pomóc mi aż tak. Szybko się jednak okazało, że Borgila nie tyle interesowała charakterystyka zwierząt, co pozyskanie jajek na posiłek! Przy okazji przypomniały mi się espagry. Nie dość, że znoszą jajka to jeszcze ich pieczone ogony stanowią ponoć przysmak. W złą godzinę pomyślałam. Nawet już teraz nie wiem, kto ją zauważył jako pierwszy. Kołowała nad nami przez chwilę. W oddali majaczył niewielki las. Zarządziłam żeby uciekać do niego ale Amarin znów miał inny pomysł, mianowicie upolowania owej espagry.

„Jest jedna i można z niej zrobić płaszcz.” – argumentował.

„One latają stadnie.” – wyjaśniłam. – „Ruszmy się.”

„Ale…”

„Uwaga!” – wszedł mu w słowo Durgol. – „Jest ich więcej.”

„Mówiłam.” – mruknęłam pod nosem. – „Do lasu!”

Drużyna zaczęła biec. Oczywiście prócz Amarina, który próbował się schować między skałami. Doprawdy ten elf kiedyś zginie bardzo bolesną śmiercią.
Borgil, konno, dopadł do lasu pierwszy ale Miriel i Durgol biegli dużo wolniej. Zerknęłam na espagry. Cztery jaszczury były zbyt szybkie. Nie zdążą uciec. Zatrzymałam się gwałtownie. Miałam tylko jedną szansę. Skupiłam swoją wolę na najbliższej z espagr i wydałam jej mentalny rozkaz zaatakowania swojej towarzyszki. Udało się. Zwierzę zwinnie zmieniło kierunek lotu i uderzyło w sąsiadkę. Pozostałe dwie wyhamowały zaskoczone kotłowaniną pod sobą. Moi towarzysze bezpiecznie dotarli do drzew, więc i ja udałam się do lasu. Espagry gryzły się tylko przez moment a później, zorientowawszy się, że nie ma już potencjalnej zdobyczy, odleciały. Amarin był niepocieszony. Chyba faktycznie liczył na ten płaszcz.

Pod drzewami odetchnęliśmy z ulgą. Niestety tylko na chwilę. Niebo zaczęło ciemnieć i rozległ się daleki grzmot. Pomyślałam, że jednak dżungle są o wiele przyjaźniejszym i spokojniejszym miejscem niż góry. Zaczęliśmy pospiesznie rozkładać obóz. Trzasnęła błyskawica i spadły pierwsze krople deszczu. Borgil umościł się wraz ze swoim wierzchowcem a reszta powchodziła do namiotów. Orkowi udało się nawet rozpalić niewielkie ognisko, mimo padającego już deszczu. Przytuliłam się ze zwierzętami do jednego z drzew. Poprosiłam mniejsze drzewko, żeby stworzyło mi osłonę. Dzięki mocy danej mi przez Jaspree drzewko wyjęło korzenie z ziemi, przysunęło się do mnie i zakorzeniło w nowym miejscu. Przynajmniej mniej na nas padało.

„Ja też bym tak chciał.” – usłyszałam w głowie głos Barona.

„Pospacerować?” – spytałam.

„Tak. Rozprostować korzenie.”

„Dobrze Baronie, jutro użyję swoich mocy żeby pozwolić ci pospacerować.”

„Wspaniale.” – paprotka wydawała się być zadowolona.

„Baron, a może ty byś pogadał ze swoimi przyjaciółmi i też nam zrobił takie schronienie?” – usłyszałam czyjś niewyraźny głos.

„Chyba mogę.”

Chwilę później drzewa nad obozem zaczęły się pochylać i zrobiło się nieco ciszej. Na zewnątrz wciąż szalała burza. Deszcz tłukł wściekle a błyskawice co chwilę rozjaśniały noc. To był niesamowity spektakl przyrody. Przepiękny i śmiertelnie groźny jednocześnie.

Trzeciego dnia naszej wędrówki teren zaczął się intensywnie wznosić a ja dostrzegłam, że Szafir coraz mocniej świeci. Zbliżaliśmy się do silnego źródła magii. Nasi Mistrzowie Żywiołów nie odkryli niczego niepokojącego a i spojrzenie astralne nie dało żadnych wskazówek na temat źródła owej magii. Podwajając czujność poszliśmy dalej.

Robiło się coraz zimniej. Dobrze, że pomyśleliśmy o ciepłych płaszczach i kocach. Koło południa dostrzegłam coś niezwykłego. Spore stado danieli wyszło prosto na nas. Nie spłoszyły się. Zwyczajnie stanęły i przyglądały nam się ciekawie. Jakby nie wiedziały kim są te dziwne stworzenia przed nimi. Miałam ochotę podejść do nich bliżej, ale natura dała o sobie znać i zwierzęta wyczuły Hator. Spłoszone, uciekły, a moja kocica spojrzała na mnie żałośnie. „Jesteś po śniadaniu” mruknęłam tylko niezadowolona i ruszyłam za resztą drużyny.

Na nocleg rozłożyliśmy się na dość otwartej przestrzeni. Trochę skał, nieco drzew. Borgil, z pomocą wierzchowca, przytaszczył wielką, zwaloną sosnę, więc rozpaliliśmy ogień i wystawiliśmy warty. Gdy przyszła moja kolej nakazałam Hator pilnować wierzchowca Borgila a sama zaczęłam obchodzić obóz. Nie minęło dużo czasu zanim usłyszałam ostrzegawcze warknięcie a koń parsknął niespokojnie. Przysunęłam się do Hator, zapożyczyłam jej zmysł i rozejrzałam się w przestrzeni astralnej. Szybko dostrzegłam źródło niepokoju mojej przyjaciółki. Kawałek od obozu przyczaił się ogromny ogr. Jego wzorzec był dziwnie zmodyfikowany ale nie wyglądał jakby miał wrogie zamiary. Raczej jakby był zaciekawiony.

Cicho obudziłam Borgila a później resztę drużyny. Początkowy zapał do bicia się z ogrem opadł błyskawicznie gdy Durgol, w termowizji, zauważył dodatkowych dziesięciu poukrywanych po krzakach. Szczęściem okazało się, że ogry są przyjazne i chcą handlować. Wyraźnie miały już do czynienia z Dawcami Imion. Widać to było w ich uzbrojeniu oraz w pojedynczo rzucanych słowach krasnoludzkich. Jako, że płaciły za towary bryłkami złota czy żelaza szybko znaleźliśmy wspólny język. I choć nie mieliśmy wiele wydawało się, że ogry są zadowolone. Poczyniłam też ciekawe spostrzeżenie. Do tej pory byłam przekonana, że język ogrów przypomina zwierzęcy, składa się z mruknięć i powarkiwań, tymczasem te ogry wyraźnie wykształciły bardziej zaawansowany język. Przysłuchiwałam się im zafascynowana obiecując sobie, że zacznę się uczyć języków. To, zdecydowanie, pomoże mi zrozumieć inne kultury.

Tymczasem, korzystając z najbardziej uniwersalnego języka, jakim jest język gestów udało nam się dowiedzieć, że jakiś czas temu szły tędy krasnoludy. Obiecały, że wrócą ale do tej pory nie wróciły. I że cztery noce stąd jest niewielka osada, której mieszkańców powinniśmy się bać. Nie bardzo wiedzieliśmy jak spytać ich o klasztor, więc daliśmy sobie spokój. Zadowolone ogry odeszły w noc a my wróciliśmy do odpoczynku. Rankiem wysłałam Hator na polowanie a ona przyniosła… daniela! Patrząc na jej pełną satysfakcji minę kolejny raz pomyślałam, że to zwierzę jest dużo inteligentniejsze niż by się na pierwszy rzut oka wydawało. Nieme „Nie pozwoliłaś mi wczoraj to sobie upolowałam dzisiaj” niemal wyczuwalnie wisiało w powietrzu.

Wspinaczka stawała się coraz trudniejsza. Teren zrobił się skalisty, zaczęło się pojawiać coraz więcej rozpadlin i ostrych skał. Zaczynałam mieć powoli dość tej jałowej monotonii.

Nie wiem kto pierwszy dostrzegł krew. Była pod jedną ze skał. Tuż obok leżał zakrwawiony kamień, idealnie pasujący rozmiarem do ogrzej dłoni. Po dokładnym obejrzeniu okolicy znaleźliśmy krasnoludzki but a kilka kroków dalej urwisko, na dnie którego leżały szczątki solidnego wozu. Borgil zszedł na dół i przytaszczył koło, żeby Durgol mógł ocenić robotę rzemieślniczą. W pewnym momencie Miriel ostrzegła nas. Między skałami dojrzała ogra. Różnił się od poprzednich. Miał dużo ciemniejszą sierść. Zaniepokojeni postanowiliśmy szybko ruszyć dalej, omijając tereny należące do ogrów. Szczęściem kolejna zimna noc minęła nam spokojnie.
Kolejny dzień wędrówki przyniósł ciekawostkę. W pewnym momencie Szafir zaczęła świecić. Poprosiłam przyjaciół żeby się zatrzymali i zaczęłam wysyłać ważkę w różne strony. Okazało się, że tylko jeden kierunek skutkuje intensywniejszym świeceniem. Przywołałam Hator.

„Durgolu, wyjmij szablę Mynbruje.” – zapożyczyłam zmysł od kotki i spojrzałam na broń. W przestrzeni astralnej rubin w rękojeści zaczął emitować magię.

„Jesteśmy na dobrym tropie.” – oznajmiłam – „Chodźmy za Szafir.”

Kierując się za ważką ruszyliśmy dalej. Po półgodzinnym spacerze usłyszeliśmy szum wody. Stanęliśmy na szczycie głębokiej doliny. Ze ściany naprzeciwko spadał malowniczy wodospad, tworząc spore jezioro na dole. Nad wodą fruwały złote drobinki, wyglądające jak świecące w dzień świetliki. To był prawdziwie magiczny widok.

„Jak zejdziemy na dół?” – wyrwał mnie z zamyślenia głos Borgila.

Rozejrzałam się. Ze skalnego urwiska nie było drogi w dół, aczkolwiek można było dość bezpiecznie zejść po skalnej ścianie. Wszyscy, z wyjątkiem wierzchowca, mogliśmy dotrzeć do jeziora bezpiecznie. Zawołałam Noir. Poprosiłam żeby znalazł drogę na dół nadającą się dla konia. Kruk odleciał a my usiedliśmy na skałach czekając na jego powrót. Nie było go prawie godzinę i już zaczęłam się niepokoić, gdy nagle pojawił się i zakrakał.

„Jest jakieś zejście?” – zapytałam.

Noir pokręcił przecząco główką.

„Ogry!” – wyskrzeczał.

„Cudnie.” – mruknęła Miriel.

Ustaliliśmy z krukiem, że ogry są jakąś godzinę drogi od nas i skupiliśmy się na pomysłach przetransportowania na dół wierzchowca Borgila. Znów zajrzałam w przestrzeń, poszukując wejścia do jaskini, ukrytego, jak przypuszczaliśmy, za wodospadem. Niestety okazało się, że jest na samym dole wodospadu, więc trzeba było zejść na dół. Przyjrzałam się drzwiom i dostrzegłam trzy symbole – wagę, symbol Mynbruje, głowę w gwieździe, którą Miriel zidentyfikowała jako symbol Kearosa Navarima oraz znak Smoczej Puszczy, z której pochodził Elianar. Prócz tego na drzwiach błyszczały skomplikowane wzory zaklęć.

W pewnym momencie ork odjechał kawałek od krawędzi, zawrócił, spiął konia i skoczył. Patrzyliśmy oniemiali jak kawalerzysta leciał w dół. Miałam wizję bardzo bolesnej śmierci podczas uderzenia w taflę wody z takiej wysokości. Tymczasem, tuż nad powierzchnią jeziora, Borgil przywołał duchowego wierzchowca, który zamortyzował upadek, dzięki czemu obaj się jedynie wykąpali.

„No!” – krzyknął ork w naszą stronę – „Długo jeszcze mam na Was czekać?”

Pokręciliśmy głowami z niedowierzaniem. Myślę, że wierzchowiec Kawalerzysty będzie wymagał sporej ilości owsa i marchewek na przekupienie za to, do czego go Borgil zmusił.

Ostrożnie zaczęliśmy schodzić na dół. Już pod koniec drogi Durgol poślizgnął się i poleciał ze skał jak kłoda. Borgil wykazał się sporym refleksem łapiąc krasnoluda, po czym stwierdził „Aleś ty ciężki” i go puścił dzięki czemu Durgol chlupnął w wodę, także zaliczając kąpiel.

„No, no…” – wysapał krasnolud z uznaniem, wychodząc z jeziora. – „Masz ty jaja, chłopie, żeby tak skakać. No i krzepę.”

„Ćwiczyłem już w łonie matki.” – odparł z dumą ork.

„To powiem ci, że galante to łono.”

„Ba!”

„Ruszcie się.” – ponagliłam. – „Mamy ogry za plecami.”

Za taflą czystej, zimnej wody znajdowała się niewielka jaskinia zamknięta ogromnymi drzwiami. Przyjrzałam się im. Porządna, krasnoludzka robota.

„Co teraz?” – spytałam

„Gdybym znała wzory tych zaklęć może udałoby mi się dowiedzieć jak działają.” – zamyśliła się Miriel. – „Mogłabyś mi je opisać?”

„Spróbuję ci narysować.” – wyjęłam przybory, przywołałam Hator i wejrzałam w przestrzeń przyglądając się dokładnie każdemu znakowi. Trudne i wyczerpujące. Oby tylko się udało.

„Co wiemy o tym miejscu?” – odezwał się nagle Borgil. – „Prócz tego, że siedział tam Elianar Messias.”

Miriel usiadła na ziemi, wyciągnęła księgę i odezwała się.

„Właściwie niewiele. Messias spędził tutaj kilka lat badając Księgi Cierpienia. Po jego tragicznej śmierci Navarim zabrał Księgi i wraz z grupą przyjaciół wrócił na swoją ojczystą wyspę, czyli obecną Wielką Therę. W samym klasztorze mieszkali Głosiciele Mynbruje, Pasji sprawiedliwości i mądrości.”

„Czyli nic nie wiemy.” – Borgil podparł się pod boki i zaczął uważnie oglądać drzwi.

„Skończyłam.” – podałam Miriel pergaminy. – „Zabiję się zanim tam wejdziemy, spoglądanie w przestrzeń jest bardzo wyczerpujące.”

Elfka przyjrzała się rysunkom.

„Niedobrze.” – powiedziała cicho. – „To jedno to bardzo silne zaklęcie, uderzające błyskawicami. Drugiego nie jestem pewna, ma chyba chronić. Niestety trzeciego nie znam, rysunek jest zbyt niedokładny.”

„To nam chyba nie pomoże.” – westchnęłam zrezygnowana.

„Może coś jest na tych drzwiach. Coś, co nam pomoże.” – powiedział Durgol przyglądając się znów drzwiom.

Po dokładnych oględzinach Durgol znalazł na drzwiach sygnaturę Jarona a Borgil odkrył otwór, do którego, jak się okazało, idealnie pasuje szabla Mynbruje. Ork poprosił o nią Durgola a kiedy włożył broń w otwór poczuliśmy magię. Zerknęłam znów w przestrzeń. Na drzwiach pojawił się napis „Mojemu mistrzowi kojarzyło się z poświęceniem i smutkiem.”

„Hasło do drzwi.” – domyśliłam się.

„Więc tak to działa.” – odezwała się Miriel. – „Szabla to klucz. Przekręca się ją, wypowiada hasło i drzwi się otwierają.”

„A jak hasło będzie złe?” – dopytał Durgol.

„Wtedy uaktywni się zaklęcie i dostaniesz błyskawicami.”

„Jak zgadniemy hasło? Nic o Elianarze nie wiemy. Tyle, co w księgach.” – zmartwiłam się.

Hator warknęła dokładnie w tym samym momencie, kiedy Durgol zapytał czy słyszymy. Zamilkliśmy. Borgil wyjrzał na zewnątrz.

„Ogry.” – rzucił. – „Studiuj te swoje księgi szybciej, spowolnimy je.” – powiedział do Miriel a sam ruszył na zewnątrz.

„Pomogę ci.” – zaproponowałam. – „Hator pilnuj Miriel.”

Durgol także skierował się do wyjścia. Widok na zewnątrz nie był optymistyczny. Ogromnych postaci było kilkanaście. Zrzucili na dół worki wyładowane kamieniami i, zapewne, bronią, same zaś zaczęły schodzić po skalnych ścianach.

„Broń i worki z kamieniami do wody.” – zarządził Borgil i ruszył wokół jeziora.

Wspólnymi siłami, najciszej jak się dało, zrzuciliśmy wszystko do wody i schowaliśmy się znowu do jaskini.

„Kupiliśmy trochę czasu.” – zwrócił się Borgil do Miriel. – „Znalazłaś coś?”

„Myślę, że hasło to Księgi Cierpienia.”

„Cudnie.” – ork podszedł do drzwi i dotknął szabli.

„Czekaj!” – powstrzymałam go. – „Miriel, skąd wiesz? Jaki związek mają Księgi Cierpienia z poświęceniem i smutkiem Elianara?”

„Opowiadaj co tam wyczytałaś.” – zarządził Durgol. – „Tylko szybko. Ogry trochę zgłupiały nie widząc swoich rzeczy ale długo ich to nie powstrzyma.”

„To po kolei. Królowa elfów, Falila, wygnała Elianara Messiasa po tym, jak zakwestionował „Deklarację odłączenia” Shosary od dworu elfów. Trafił do tego klasztoru i tutaj dostał księgi pochodzące jeszcze sprzed ery magii. Sześć identycznych tomów, oprawionych w skórę i zaopatrzonych w taki sam run. To były Księgi Cierpienia. Kiedy zrozumiał czym one są wyłupił sobie oczy i w zamkniętych pięściach wsadził je w płomienie. Tej nocy jakiś stwór wymordował część mieszkańców klasztoru zaś rankiem, przy ciele Elianara, znaleziono notatkę „Oto są Księgi Cierpienia. Nasza zguba i nasze wybawienie. Poznajcie je dobrze, inaczej wszyscy zginiemy.” Kearos Navarim, wraz z Jaronem i kilkoma ocalałymi mnichami, zabrali księgi i uciekli. Tyle historii znamy.” – Miriel zamknęła księgę i schowała do torby. – „Nie mam innego pomysłu, co to może być.”

„Czy my jesteśmy pewni, że chcemy tam wchodzić?” – spytałam patrząc z niepokojem na drzwi.

„A czemu mielibyśmy nie wchodzić?” – Borgil popatrzył na mnie zdziwiony.

„Przez to co jest po drugiej stronie.” – wtrącił Durgol.

„Pomyślcie.” – kontynuowałam. – „Coś morduje mnichów, być może Horror, ci zabierają Księgi i opuszczają klasztor. Durgol znalazł symbol Jarona na zewnątrz drzwi. Także na zewnątrz są potężne czary zabezpieczające. A co jeśli oni chcieli zamknąć wewnątrz Horrora? Jeśli on tam nadal jest?”

„Mamy zadanie.” – zaoponowała Miriel.

„Usun powiedział, że samo znalezienie klasztoru to osiągnięcie. Możemy do niego wrócić, opowiedzieć co znaleźliśmy, pokazać wzory tych zaklęć i poprosić o jakąś radę.” – zaproponował Durgol.

„I leźć jeszcze raz przez góry?” – zapytał Borgil.

„Po prostu nie jestem pewna, czy wolę ogry czy Horrora.” – spojrzałam niepewnie na szumiący w tle wodospad. – „W końcu nas znajdą. Nie mamy z nimi szans.”

„Wchodzimy.” – zdecydował Durgol. – „Przecież już zabijaliśmy Horrory. A druga taka okazja może się nie powtórzyć.”

„To co z tym hasłem?” – spytał Borgil znów kładąc rękę na szabli.

W jaskini zapadła cisza.

_________________
Becouse, realy, kill it with fire should be Your first reaction to a problem!

Zapraszam na mojego bloga: https://aurayablog.wordpress.com/


Lubią to!: 2 osób
Jankoś(17 maja 2016, 18:30), k8(17 maja 2016, 13:39)
Góra
  Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Earthdawn Kronika Przygód
PostNapisane: 15 cze 2016, 11:53 
Offline
Hamierykański tomahawek
Hamierykański tomahawek
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 08 lut 2015, 23:13
Posty: 139
Lokalizacja: Buczek, gmina Poświętne n. Pilicą
Polubił post: 2 razy
Polubiono jego post: 27 razy
Klasztor

Głośne powarkiwania na zewnątrz zaniepokoiły Hator. Wyjrzałam ostrożnie zza wody.

„Znaleźli broń.” – poinformowałam towarzyszy. – „Dwóch nie żyje, chyba się pokłócili. Ale reszta już zerka na wodospad. Mamy mało czasu.”

Miriel podniosła się gwałtownie, podeszła do wodospadu. Po chwili woda zaczęła błyskawicznie zamarzać tworząc przed nami niezwykłą lodową rzeźbę.

„To ich powstrzyma na jakiś czas.” – kiwnęła głową zadowolona i znów usiadła nad księgą.

Przez taflę lodu widziałam zniekształcone twarze ogrów. Gwałtowne zamarznięcie wodospadu powstrzymało ich nie dlatego, że nie mogli przejść a dlatego, że było to coś niezwykłego, coś czego nie rozumieli, coś, co ich mózgi musiały dopiero przetworzyć.

„Jak jest po elfiemu życie?” – wyrwał mnie z zamyślenia głos Borgila wyraźnie poirytowanego bezczynnością.

„Życie to nie jest dobre hasło.” – zaoponowała Miriel. – „Dla elfów życie nigdy nie jest poświęceniem.”

„To wymyślcie coś wreszcie!” – Borgil puścił szablę, przepchnął się koło mnie i wyjrzał ostrożnie na zewnątrz. – „Wiecznie tak nie będą stali.”

„Nadal uważam, że hasłem są Księgi Cierpienia.” – obstawała przy swoim Miriel.

„To kto mówi hasło?” – Durgol spojrzał na Borgila.

„Księgi cierpienia nie pasują.” – wtrąciłam się. – „Uważam, że osoba, która otwiera powinna sama zdecydować, które hasło.”

Znów zapadło milczenie. Czułam, podobnie chyba jak Borgil, że wzrasta we mnie irytacja. Tkwiliśmy tam jak zwierzę w potrzasku nie robiąc absolutnie nic żeby się z niego wydostać. Wreszcie nie wytrzymałam.

„Słuchajcie.” – odezwałam się. – „Nie mam pojęcia czy trafię ale uważam, że jeśli coś pójdzie nie tak macie większe szanse się stąd wydostać z Borgilem u boku niż ze mną. Powiedz mi Miriel jak w elfim brzmią Góry Delaryjskie, spróbuję. Jak mi się nie uda będziecie mieli jeszcze jedną szansę.”

Miriel skinęła tylko głową. Kilka razy powtórzyła mi nazwę, żebym miała pewność, że dobrze ją wymawiam, po czym wydałam zwierzętom rozkaz słuchania Miriel i położyłam dłoń na szabli. Kiedy przyłożyłam drugą do wyznaczonego miejsca poczułam jak magia wiąże moją dłoń z kamieniem drzwi. „Mynbruje miej mnie w swojej opiece” – pomyślałam a głośno powiedziałam wyuczone hasło.

Siła zaklęcia, które we mnie uderzyło, była porażająca. Zdezorientowana odsunęłam się od drzwi i opadłam na ziemię tuż przy skale.

„Nie zmarnujcie drugiej szansy.” – jęknęłam, po czym zanurzyłam się w ciemność.

Gdy Raven zemdlała Hator i Szafir rzuciły się wściekle na kamienne drzwi, kierując się zwierzęcą logiką. Niemal w tym samym czasie ogry przestały się gapić z rozdziawionymi gębami na zamrożony wodospad i wpadły na myśl, że można wejść bokiem, omijając taflę lodu, a także spróbować ją rozbić.

Borgil wykorzystał brak Raven i połączył się mentalnie z Hator. „Spokój” – wydał polecenie a kotka usłuchała zerkając na niego wciąż z furią w oczach. – „To nie wina drzwi. To ogry zraniły twoją panią.” Hator warknęła w kierunku wejścia. Z dwóch stron już wchodzili pierwsi napastnicy.

Durgol zablokował jedną stronę wodospadu a Borgil na wierzchowcu drugą. Miriel krzyknęła do Hator, żeby stała spokojnie ale kiedy Durgol, mimo pomocy magicznej Mistrzyni Żywiołów, przewrócił się pod kolejnym ciosem ogra, elfka, mamrocząc pod nosem „Raven mnie zabije” wydała kotce rozkaz „Broń Durgola”, sama zajęta pomocą Borgilowi. Krojen nie potrzebował więcej. Czarna furia kłów i pazurów w jednej chwili znalazła się przy gardle blokującego wejście ogra. Jedno mrugnięcie wystarczyło krojenowi żeby rozszarpać tętnice. Bluznęła krew a ogr ciężko zwalił się na ziemię tuż obok krasnoluda. Borgil dzielnie odpierał napastników z drugiej strony.

Głuche uderzenia i trzask pękającego lodu uświadomiły drużynie, że czas kończy im się dramatycznie szybko. Hator położyła trupem trzeciego ogra ale sama została przy tym mocno ranna. Strumienie wody runęły z góry uwolnione z okowów lodu a pięć zwalistych sylwetek już wkraczało do jaskini.

„Miriel zrób coś!” – wrzasnął Borgil jednocześnie zasłaniając elfkę, którą upatrzył sobie za cel jeden z ogrów.

Miriel podbiegła do drzwi, chwyciła szablę, przyłożyła dłoń i głośno powiedziała „Shosara” zaciskając powieki, gotowa na cios potężnego zaklęcia ochronnego.
W jaskini rozległ się zgrzyt. Ogromne kamienne drzwi ustąpiły, wsuwając się w ścianę i odsłaniając ciemne, zakurzone wnętrze klasztoru Głosicieli Mynbruje. Na ten widok ogry, w panice, zaczęły uciekać. Drużyna odetchnęła z ulgą. Dopiero po chwili Durgol opadł ciężko na ziemię zaś Miriel pochyliła się żeby ocucić Raven.


Kiedy świadomość wróciła jaskinię zaścielały trupy ogrów. Wokoło unosił się metaliczny zapach krwi. Poprawiłam się nieco i syknęłam z bólu.

„Co się stało?” – zapytałam nieco nieprzytomnie.

„Zemdlałaś. Wpadły ogry. Otworzyłam drzwi. Ogry uciekły. Dobrze się czujesz?” – jednym tchem wyrzuciła z siebie Miriel.

„Nienajlepiej…”

Hator podbiegła do mnie i radośnie polizała mnie po ręce. Dostrzegłam na jej futrze krew. Natychmiast oprzytomniałam.

„Hator! Ona jest ranna! Co się stało?” – rzuciłam się do oglądania ran i opatrywania mojej najdroższej przyjaciółki. Kotka, wyraźnie zachwycona, zerkała z uwielbieniem na Miriel.

„Broniła Durgola.” – wyjaśniła Miriel – „Nie miałam wyjścia.” – dodała szybko – „Bez niej wszyscy byśmy zginęli. Jest niesamowita.”

„Nie walczyłaby tak zażarcie gdyby jej ktoś nie powiedział, że to ogry zraniły jej panią.” – odezwał się Borgil z szerokim uśmiechem.

„Co?!” – krzyknęłyśmy obie z Miriel jednocześnie wpatrując się w orka.

„Nic, nic. Wchodzimy?” – wskazał głową wnętrze klasztoru.

Podniosłam się z ziemi i zajrzałam ostrożnie do środka. Przed nami był długi, szeroki korytarz z wnękami na strażnice. Ciemno, cicho, groźnie. Poczułam dreszcze na samą myśl, co może się kryć w ciemnościach przedpogromowego klasztoru. Przywołałam Hator i spojrzałam dzięki jej zmysłowi w przestrzeń astralną. Od razu uderzyła mnie ilość czerni. Przestrzeń była spaczona. Zdecydowanie działał tutaj Horror. Nagle dostrzegłam ruch. W przestrzeni zamajaczył dziwny, lewitujący nad ziemią wzorzec. Zamarł wpatrując się we mnie. Hator warknęła i spróbowała się cofnąć. Przyjrzałam się duchowi, przypominał mnicha i wydawał się nie mieć wrogich zamiarów. Skłoniłam lekko głowę mówiąc „witaj”. Postać odpłynęła w głąb klasztoru.

Dzień chylił się już ku końcowi a mokre ubrania na ranach zaczęły nam przeszkadzać. Zdecydowaliśmy się odpocząć zanim wejdziemy do klasztoru. Borgil wyciągnął szablę i drzwi zamknęły się. Rozłożyliśmy obóz na miękkiej trawie niedaleko jeziorka i rozpaliliśmy niewielkie ognisko. Wysłałam Noir na skały prosząc, żeby sygnalizował nam każde niebezpieczeństwo. Miriel zagłębiła się w lekturze ksiąg zaś Borgil z Durgolem zaczęli ponownie badać szablę. Wyciągnęłam się na posłaniu. Rany, chociaż niewidoczne, bardzo mi przeszkadzały.

Zastanawiałam się, czy to dobry pomysł wchodzić tam w takim stanie. Może i jestem Adeptem ale moje ciało ma jednak swoje granice. Obawiałam się, że jeśli w środku czeka nas walka to będzie ona dla mnie zbyt trudna. Leżałam w milczeniu gładząc miękkie futerko Hator, pogrążona w myślach.

„To ciekawe.” – odezwał się Durgol. – „Szabla ma wątki. Moim zdaniem jej magia jest skierowana przeciwko Horrorom, konstruktom i ożywieńcom.”

„Dostrój się.” – mruknęłam bez większego zainteresowania. – „Może się przydać tam w środku.”

„Znalazłam coś w księgach.” – wtrąciła się Miriel. – „Te istoty, które widziałaś we wnętrzu, są niematerialne ale mogą oddziaływać na rzeczywistość.”

„Czyli mogą nas zranić jeśli są wrogo nastawione.” – podsumowałam.

„Może nie są.” – optymistycznie stwierdził Durgol. – „To pewnie strażnicy, jak zobaczą, że nie chcemy nic złego to nas zostawią w spokoju.”

„Oby. Kładźmy się spać.”

Drużyna nie oponowała. Trzeba było odpocząć przed wejściem w paszczę Horrora. Zasnęłam błyskawicznie sycąc się kojącym ciepłem Hator.

Późno w nocy poczułam delikatne dziobnięcie w ramię. Przed moją twarzą stał wyraźnie zdenerwowany Noir.

„Co się stało.” – zapytałam cicho.

Kruk machnął głową gdzieś w kierunku skał.

„Ogry?” – dopytałam ale pokręcił przecząco głową.

„Cień.” – poinformował mnie mój skrzydlaty przyjaciel.

Zadrżałam. Bezwiednie dotknęłam Hator i spojrzałam w przestrzeń. Był między skałami. Czarny jak węgiel, śmiertelnie groźny. Obserwował.

„Mówiłeś Borgilowi?” – spytałam Noir.

Kruk spojrzał na mnie z takim politowaniem w oczach, że miałam ochotę parsknąć śmiechem. Podniosłam się szybko, zawołałam Borgila i obudziłam resztę.

„Czym jest cień?” – spytała Miriel rozglądając się trwożnie na boki. W ciemności nocy był niemożliwy do zauważenia.

„To konstrukt Horrora. Śmiertelnie niebezpieczny. Mój nauczyciel opowiadał mi kiedyś o nich. Poruszają się poprzez cienie, potrafią zabić najdzielniejszego Adepta w kilka chwil. Słyszałam też opowieści, że są manifestacją koszmarów nocnych.”

„Odszedł.” – zakrakał już głośno Noir.

„Gdzie?” – spojrzałam na kruka. Wskazał kierunek odwrotny do tego, z którego przyszliśmy.

„Tam gdzieś jest ta wioska, przed którą ostrzegały nas ogry.” – odezwała się Miriel.

„No nic!” – Borgil dorzucił do ognia. – „Poszedł więc idźcie spać a rano właźmy do tego klasztoru. Trzeba to załatwić zanim wróci z kumplami.”

Nie sposób było się nie zgodzić z orkiem.

Bez przygód dotrwaliśmy do rana a kiedy słońce stało już wysoko ponownie otworzyliśmy drzwi do klasztoru. Niestety zwierzęta zdecydowanie nie chciały wejść do środka. Jedynie Noir zachował spokój. Borgil próbował zmusić swojego wierzchowca do wejścia ale powstrzymałam go.

„Nawet jeśli teraz mu karzesz to jak w środku coś go spłoszy ucieknie na oślep i jeszcze zrobi sobie krzywdę. Lepiej żeby zostały tutaj pod pieczą Noir.”

Ork, niechętnie, przyznał mi rację. Zabrał swoje rzeczy z wierzchowca a ja poprosiłam Noir żeby pilnował zwierząt i natychmiast dał mi znać jeśli coś im będzie zagrażało. Kruk usiadł na skale a my wkroczyliśmy pewnie w ciemność klasztoru.

_________________
Becouse, realy, kill it with fire should be Your first reaction to a problem!

Zapraszam na mojego bloga: https://aurayablog.wordpress.com/


Góra
  Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Earthdawn Kronika Przygód
PostNapisane: 08 sie 2016, 11:14 
Offline
Hamierykański tomahawek
Hamierykański tomahawek
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 08 lut 2015, 23:13
Posty: 139
Lokalizacja: Buczek, gmina Poświętne n. Pilicą
Polubił post: 2 razy
Polubiono jego post: 27 razy
Prastara wiedza

Powietrze pachniało wilgocią jaskini, nie stęchlizną kaeru. Mimo kurzu na podłodze chłód klasztoru był przyjemny. Ostrożnie zanurzyliśmy się w główny, szeroki korytarz. Tuż za wejściem, po prawej stronie, dostrzegliśmy schody prowadzące w górę, zaś po lewej resztki drzwi do pomieszczenia. Postanowiliśmy zbadać najpierw dół, więc Miriel i Durgol weszli do komnaty. Bez trudu domyślili się przeznaczenia pomieszczenia identyfikując je jako strażnicę. Po podłodze walała się stara broń ale nie dostrzegli żadnego szkieletu. Kawałek dalej, po prawej stronie, powstrzymały nas drzwi. Solidne, metalowe, porządnie okute i szczelnie zamknięte. Nieco osiadły na zawiasach, więc doszliśmy do wniosku, że nie dadzą się łatwo otworzyć. Durgol obejrzał je dokładnie. Ustalili z Borgilem, że jeśli użyją dźwigni a później mocno szarpną drzwi powinny ustąpić. Oczywiście chcieli to zrobić od razu. Dobrze, że Miriel udało się ich powstrzymać, inaczej cokolwiek siedzi w klasztorze natychmiast by się dowiedziało o naszej obecności.

Zostawiliśmy więc drzwi i poszliśmy dalej. Po chwili zauważyłam, że Borgil cofnął się i zmierza w kierunku schodów.

- Borgil. Gdzie idziesz? – zawołałam.
- Na górę.
- Nie sprawdziliśmy dołu, wracaj.
- Sprawdźmy górę a dół później. – rzucił ork wchodząc na schody.

Westchnęłam tylko. Miriel z Durgolem już weszli do kolejnego pomieszczenia, znajdującego się po lewej stronie. Stałam przez chwilę zdezorientowana patrząc to przed siebie, to za siebie. W końcu usłyszałam kroki i zobaczyłam Borgila wynurzającego się z ciemności klatki schodowej.

- Już wróciłeś? Szybko.
- Ano… - ork rozejrzał się ruszając za resztą drużyny. – Bo tam stoi ten cudak co to go na dole widziałaś i nie chce puścić.
- Gdzie stoi?
- Na schodach.

Borgil zniknął w pomieszczeniu, więc stanęłam w drzwiach obserwując otoczenie. Pokój okazał się być sypialnią. Oprócz łóżek i porozrzucanej broni Miriel dostrzegła kajdany, wzmocnione esencją ziemi oraz kupkę czegoś brązowo-szarego, wyglądającego jak szczątki niewielkiego zwierzęcia. Śmierdziało zgnilizną. Obejrzałam resztki. Na moje oko to coś zginęło nie dalej jak trzy dni temu, co nieco mnie zaniepokoiło, bo skąd coś żywego wzięło się w zamkniętym od wieków klasztorze?

Nie miałam czasu zastanowić się nad tym dłużej bo drużyna już ruszyła dalej.
Kolejne dwa pomieszczenia, jedno po prawej, drugie po lewej stronie, okazały się być starymi magazynami, w których niczego ciekawego nie znaleźliśmy. Także szczątków ciał, co powoli stawało się niepokojące. Po opuszczeniu ostatniego pomieszczenia Miriel nagle zamarła i kazała nam być cicho. Z końca korytarza dobiegał cichy szum przypominający rozmowę. Cichutko ruszyłam w tamtą stronę. Przed sobą dostrzegłam ogromne drzwi, zajmujące całą szerokość korytarza. Były otwarte a zza nich dobiegał szum. Zajrzałam ostrożnie do środka i zamarłam. Przede mną stał długi stół obstawiony krzesłami i zastawiony widmowym jedzeniem. Wokoło siedzieli mnisi żywo ze sobą dyskutując. Dreszcz przebiegł mi po plecach ale udało mi się opanować. Dostrzegłam na nadgarstkach trzech z nich kajdany. To potwierdziło moje przypuszczenia, że „zesłanie” mogło oznaczać „niewolę”.

- Raven… Raven! – usłyszałam za plecami. – Co tam jest.

Wycofałam się ostrożnie wciąż patrząc w kierunku refektarza.

- Co jest w środku? – zapytał zniecierpliwiony Borgil.
- Mnisi. – wydukałam. – Duchy. Cała masa.

Miriel ruszyła w kierunku komnaty. Stanęła w wejściu i nagle dostrzegłam jak upada. W ostatniej chwili złapałam ją, zanim gruchnęła o ziemię, i odciągnęłam pod ścianę.

- Miriel! Miriel! – poklepałam ją delikatnie po twarzy
- Ale to są duchy duchy czy takie inne duchy. – zapytał ork?
- Sprecyzuj co rozumiesz przez „inne duchy”. – spojrzałam na niego nieco zdezorientowana. – Albo nie. Nie ważne. To są duchy duchy.
- Idę tam. – oznajmił Borgil.
- To na pewno zasadzka. – stwierdził Durgol ruszając za orkiem.

Wraz z Durgolem zajrzeli do refektarza. Przygotowałam się żeby łapać tego, który padnie, tak na wszelki wypadek, na szczęście nic takiego się nie stało. Wreszcie Miriel otworzyła oczy.

- Dobrze się czujesz? – przyjrzałam jej się uważnie.
- Tak. Chyba tak. Ale tam – wskazała głową drzwi – nie wchodzę.
Skinęłam głową.
- Sprawdzimy pomieszczenie.

Dołączyłam do Borgila i Durgola w momencie kiedy duchy wskazywały w naszym kierunku. Odezwałam się do nich ale gwałtownie się rozpierzchły wnikając w ściany. Dopiero teraz przyjrzeliśmy się komnacie. Pachniało w niej igliwiem. Ponad naszymi głowami rozciągał się sufit pokryty przepięknymi drewnianymi kasetonami, przedstawiającymi Mynbruje. Wszystko zachowało się w idealnym stanie. Po lewej stronie dostrzegliśmy solidne, metalowe drzwi, zamknięte. Durgol wyczuł za nimi dużą ilość esencji wody. Doszliśmy do wniosku, że to pewnie zbiornik na wodę, podobny do tych w kaerach. Zostawiliśmy go w spokoju. Zdecydowanie brakuje nam w drużynie Złodzieja. Z prawej strony refektarza odkryliśmy jeszcze kuchnię i spiżarnię.

- Chodźmy na górę. – odezwałam się do towarzyszy.
- Tam stoi zjawa. – przypomniał Borgil.
- Pójdę przodem. Może się z nią dogadamy.

Przy zamkniętych drzwiach Durgol z Borgilem znów zaczęli debatować nad sposobem ich otworzenia. Wyperswadowaliśmy im to po raz kolejny ostrzegając, że rozwścieczą duchy, i wreszcie mogliśmy pójść na piętro. Doszliśmy do połowy krętej klatki schodowej gdy ujrzałam go przed sobą. Zakapturzona postać, z kosturem w dłoni, błyszcząca. Zrobiłam jeszcze dwa kroki. Postać poruszyła się i wyciągnęła kostur w moją stronę zagradzając mi drogę. Uniosłam ręce w geście poddania. Chciałam powiedzieć, że nie mamy złych zamiarów ale nagle ze ściany wysunęła się kolejna zjawa. Jeden z mnichów z refektarza. Zaczął coś mówić do strażnika wskazując na nas. Zakapturzona postać opuściła kostur i obie zjawy wniknęły w ścianę.

Nie niepokojeni weszliśmy na drugie piętro. Dostępu do korytarza broniła kiedyś solidna, metalowa krata, teraz otwarta. Na długi, prosty, korytarz wychodziło sześć par drzwi, położonych dokładnie naprzeciwko siebie. Pierwsza para prowadziła do strażnic, gdzie leżało sporo starej broni. Między resztkami Miriel znalazła niezwykły nóż. Wyglądał jak myśliwski ale był lekko zakrzywiony. Rękojeść zrobiono z kości, idealnie pasowała do uchwytu dłoni zaś stal wzmocniono esencją żywiołu ziemi. Durgol oznajmił, że broń jest przekuta a metal, z którego ją zrobiono, twardszy niż stal miecza.

Kolejne pomieszczenia okazały się celami mieszkalnymi. Dopiero tutaj, na łóżkach, znaleźliśmy szkielety mieszkańców. Jeden z nich miał kciuk wciśnięty w oko. Dokładnie tak, jak opisano zwłoki Elianara Messiasa. Zapewne zabił ich Horror.
Na końcu korytarza znaleźliśmy kolejną dużą salę. Pośrodku stał ogromny posąg symbolizujący Mynbruje, wokoło dostrzegliśmy cztery pulpity zaś całe ściany pokrywały regały wypełnione księgami. Ponad nimi widniały malowidła przedstawiające wszystkie dwanaście Pasji. W pomieszczeniu czuć było magiczną aurę błogosławieństwa Pasji.

- Przejrzenie tego zajmie nam wieki. – jęknęła Miriel z zachwytem patrząc na księgi.
- Mamy czas. – rozsiadłam się wygodnie na podłodze, wyjęłam pergamin i węgiel i zaczęłam szkicować pomnik.
- Uwaga towarzystwo. – wyrwał mnie z zamyślenia głos Borgila.
- Mówiłem, że to zasadzka. – wtrącił krasnolud.
Rozejrzeliśmy się. W najdalszym kącie pomieszczenia zobaczyłam stłoczone duchy z refektarza. Przyglądały nam się ciekawie. Miriel znów zemdlała. Jeden z duchów powoli nadpłynął nad nią. Zobaczyłam jak elfka otwiera oczy a jej twarz robi się blada. Duch szybko się odsunął i dołączył do towarzyszy.
- Już dobrze? – spytałam.
- Tak. Chyba tak. Nie lubię duchów. – Miriel usiadła.
- Myślę, że możesz spokojnie przeglądać księgi. Nie są wrogo nastawieni.

Wróciłam do rysowania a moi towarzysze do ksiąg. Obecność poczułam dopiero po chwili. Zorientowałam się, że jedna ze zjaw zbliżyła się do mnie i próbuje się przyjrzeć co robię. Odsunęłam pergamin i przekręciłam w stronę ducha. Spojrzałam na niego. Przysunął się bliżej. Z jego miny wyczytałam, że nie jest zachwycony szkicem. Przez chwilę wyglądał jakby walczył sam ze sobą aż wreszcie wskazał palcem na jeden z elementów szkicu, po czym wskazał na pomnik. Musiałam zrobić skruszoną minę bo podsunął się bliżej i znów wskazał odpowiedni element. Poprawiłam rysunek i spojrzałam pytająco na ducha. Skinął głową. Tak oto zyskałam niematerialnego nauczyciela, który po setkach lat nudzenia się w niebycie wreszcie mógł poczuć się jak żywy Dawca Imion i choć na moment wrócić do pasji uczenia.

Mijały kolejne minuty. Pod okiem zjawy przenosiłam na pergamin wszystko, co wydawało mi się ważne zaś moi towarzysze przeglądali księgi. Duchy nieco się oswoiły, cały czas przyglądając się co robimy oraz rozmawiając między sobą. Obserwując ich doszłam do wniosku, że wyczuwają nasze emocje. W pewnej chwili wpadłam na pomysł. Wzięłam czysty pergamin i napisałam po krasnoludzku:

- Czy rozumiesz co piszę?

Duch popatrzył na pismo i oddalił się do grupy. Po chwili wysunął się z niej inny, za życia będący krasnoludem, podleciał do mnie, przeczytał zdanie i wodząc palcem po pergaminie odparł:

- Tak.

Ucieszyłam się. Wreszcie mogliśmy się porozumieć. Co prawda rozumienie znaków pisanych przez półprzezroczysty palec niemalże w powietrzu było strasznie trudne, ale lepsze to niż milczenie. Za pomocą niezwykle skomplikowanej „rozmowy” udało mi się przekonać duchy, że nie jesteśmy wrogo nastawieni. Powiedziałam, że do klasztoru zbliża się wielkie zło, i że chcemy ocalić wiedzę, która jest tutaj zgromadzona. Duchy naradzały się przez chwilę.

- Wiemy, że jesteście dobrzy ale czy dość mądrzy? – napisał po powrocie.
- Przekonajmy się. – odpisałam.

Duchy błyskawicznie zniknęły.

- Coś ty im powiedziała? – zapytał Borgil.
- Nic. Sprawdzają czy jesteśmy mądrzy.
- Cudnie. – mruknął ork. – Co teraz?
- Nie wiem. Trzeba obejrzeć to pomieszczenie. Może na coś wpadniemy.
- Pokombinujmy z tymi pulpitami. – rzucił Durgol.
- Pamiętacie tamte podziemia, w których szukaliśmy księgi? – spytała nagle Miriel. – Może te pulpity tutaj też się obracają.

Podeszła do jednego z pulpitów, chwyciła go za krawędzie i popchnęła. Pulpit drgnął i obrócił się. Usłyszeliśmy skrzypienie gdzieś za regałami. Borgil z pochodnią podszedł w miejsce, skąd wydobył się dźwięk, pomachał pochodnią przy ziemi. Podmuch powietrza poruszył płomieniem. Durgol z Borgilem chwycili regał z księgami i po chwili staliśmy przed dziwną wnęką. Krótki korytarz zamykała kamienna ściana. Wprawiono w nią kwadraty z płaskorzeźbami przedstawiającymi symbole Pasji. Cztery rzędy po pięć dysków.
Cofnęłam się i zerknęłam na ścianę nad wejściem. Był nad nią wizerunek Mynbruje.

- Pewnie trzeba wcisnąć te dotyczące Mynbruje. – pomyślałam na głos.
- Co się stanie jak wciśniemy te niewłaściwe? – Borgil popatrzył z powątpiewaniem na drzwi.

Miriel skupiła się przez chwilę.

- Ojej. – instynktownie odsunęła się od kamieni.
- Co jest? – spytał Durgol.
- Bardzo dużo esencji ognia bije od tych drzwi.
- Acha. – Borgil przyjrzał się ponownie drzwiom.

Zastygliśmy przed taflą rozważając różne warianty. Durgol rzucił, że pewnie trzeba wybrać po jednym symbolu z każdej kolumny ale w końcu poddałam to w wątpliwość gdyż w pierwszej i ostatniej nie było nic, co pasowałoby do ideałów Mynbruje. W końcu ze ściany wysunął się znajomy duch krasnoluda i zaczął pisać palcem po ścianie.

- Co robią mądrzy Dawcy Imion jak czegoś nie wiedzą? – tłumaczyłam na głos.
- Pytają. – rzucił Borgil.

Duch uśmiechnął się. Pomyślałam, że to dziwne. Najpierw chcą sprawdzić naszą mądrość a później oferują, że będą odpowiadać na pytania. W zasadzie lepsze to niż spłonąć w wyniku uruchomienia pułapki.

Zadając pytania ustaliliśmy, że trzeba wybrać po jednym symbolu z każdego rzędu, a nie kolumny. Borgil obejrzał jeszcze raz pomnik Mynbruje. Wybraliśmy odpowiednie symbole. Ork podszedł do drzwi i zaczął naciskać. Po ostatnim symbolu drzwi szczęknęły i otworzyły się ukazując nam prosty, niezbyt długi korytarz i kolejne, już nieoznaczone, drzwi. Za nimi odkryliśmy spore pomieszczenie wypełnione księgami i zwojami.

- O! I to jest zapewne ta właściwa wiedza, której szukamy. – skwitował Durgol.
Naliczyliśmy około pięćdziesięciu ksiąg i trzy razy tyle pergaminów.
- Czy jest tego więcej? Takich pomieszczeń? – spytałam ducha.
- Kearos coś zostawił. – odparł.
- Gdzie?
Duch wskazał na sufit.
- Musimy zbadać kolejne piętro. – zwróciłam się do towarzyszy.
Zjawa gwałtownie zaprotestowała.
- Dlaczego? – spytałam.
- Tam są strażnicy.
- Czego pilnują?
- Kogo.
- Kogo?
- Pilnowali nas.
- Byliście więźniami?

Duch potwierdził.

Więc tak wyglądało elfickie „zesłanie”. Z dala od Dworu, z dala od oczu postronnych, elfia królowa urządziła sobie więzienie, do którego wysyłała niewygodnych Dawców Imion. Horror był dla nich wyrokiem śmierci ale dla tych, którzy się uratowali był wybawieniem. Mogli odejść wolni. Teraz zaczęłam rozumieć dlaczego Kearos Navarim i Jaron byli tak bardzo przeciwni niewoleniu Dawców Imion.

- Myślę, że powinniśmy zamknąć wszystko tak jak było i powiedzieć Usunowi co znaleźliśmy.
- A ja myślę, że trzeba ich pozabijać. – wtrącił Borgil.
- Ilu ich jest? – spytałam ducha.
- Po jednym na każdego z nas.
- Czyli dwunastu. Dwanaście istot prawdopodobnie spaczonych przez Horrora. Na naszą czwórkę. Nie damy rady. – podsumowałam.

Duch zaczął energicznie coś pisać. Wyglądał na złego.

- Spokojnie. Nie denerwuj się. – poprosiłam. – Pisz wolniej bo nie rozumiem.
Gdyby zjawa mogła westchnąć zirytowana to pewnie by to zrobiła.
- Obiecałaś chronić wiedzę!
- Masz rację ale martwi jej nie ochronimy.
- Budzą się.
- Kto?
- Strażnicy. Spali przez wieki a teraz się budzą. Mówiłaś, że zbliża się zło. Ono je wybudza.
Nagle do pomieszczenia wpadł Noir.
- Niebezpieczeństwo. – wykrakał.

Rzuciłam się do wyjścia. Słyszałam jak Borgil pobiegł za mną. Kiedy wypadłam z klasztoru do jaskini zwierzaki kręciły się zaniepokojone. Na zewnątrz dostrzegłam Cień.

- Hator, Szafir, do środka. – rozkazałam. – Po raz pierwszy poczułam w nich gwałtowny opór i musiałam użyć mentalnego rozkazu żeby je zmusić do wejścia. Borgil też musiał użyć rozkazu na swoim wierzchowcu. Gdy już wszyscy znaleźliśmy się wewnątrz ork zablokował drzwi klasztoru, wyjął szablę, wskoczył do środka i wykopał blokadę. Drzwi zatrzasnęły się zamykając nas w prastarym wnętrzu.

- Wracajmy do reszty. – poprosiłam.

Zjeżona Hator chodziła niemalże pomiędzy moimi nogami, Szafir wczepiła się łapkami w bluzkę a Noir usiadł na ramieniu i milczał. Borgil zostawił wierzchowca na dole. Gdy znaleźliśmy się w bibliotece Miriel powiedziała, że duchy rozumieją mowę powietrza. Wiedziała już o Cieniu. Duch jej powiedział.

- Odeślij zwierzęta na dół. Tam będą bezpieczniejsze. – zaproponowała Miriel.
- Nie pójdą. Są przerażone. Nie dam rady ich zmusić. Mogę poprosić Noir żeby pilnował wierzchowca ale reszta zostanie.

Spróbowałam wytłumaczyć Noir, że na dole będzie bezpieczniejszy. Kruk spojrzał na ścianę biblioteki.

- Matka. – powiedział.
- Gdzie? – nie zrozumiałam.
- Tam. – wskazał głową na ścianę.

Obejrzałam się. Mój wzrok padł na wizerunek centaura. Uśmiechnęłam się.

- Tak, Noir, matka. Pobłogosławiła to miejsce. Jesteśmy bezpieczni.
Zadowolony kruk poleciał na niższe piętro. Wiedziałam, że tam zostanie. Chyba nigdy nie zdołam się odwdzięczyć wielkiej Jaspree za tak wspaniały dar.
- Pójdę na zwiad. – zaproponowałam. – Musimy zobaczyć co tam jest a tylko ja mogę spoglądać w przestrzeń astralną.

Przeszliśmy w okolice schodów. Moi towarzysze zostali na dole a ja zaczęłam się cicho przesuwać na kolejne piętro. Po omacku pokonałam schody. Dopiero kiedy poczułam, że stopnie się skończyły dotknęłam Hator i zapożyczyłam jej zmysł. Czerń przede mną rozbłysła srebrem magicznych wzorców. Najwyraźniej stres wyostrza zmysły bo udało mi się dostrzec niemal całe piętro. Długi, prosty korytarz prowadził do sześciu pomieszczeń, po trzy po każdej stronie. Analizując pozostałości sprzętów udało mi się domyśleć, że jest tu pracownia dotycząca żywych organizmów, alchemiczna, metalurgiczna i skupiona na medycynie. Dostrzegłam też prywatny gabinet. Ostatnie pomieszczenie było silnie zabezpieczone magią. Nie zdołałam dojrzeć co jest w środku. Za pracowniami zaczynała się duża sala, w której dostrzegłam rzędy krypt. Przy wejściu stały dwie sylwetki elfów o dziwnych wzorcach. Zdecydowanie Adepci. Ubrani w zbroje. Przyjrzałam się ich wzorcom i cicho wróciłam na dół.

Po wysłuchaniu mojej relacji Borgil oznajmił, że kiedyś słyszał o podobnych istotach. To ożywieńcy, materialni i bardzo szybcy. Nie ima się ich broń niemagiczna. Nie wyglądało to dobrze. Jedyną naszą bronią magiczną była szabla Mynbruje i dziwny sztylet. Spojrzałam na swoje dłonie.

- Czy pazury są magiczne? Powstają za pomocą magii.
- Raczej nie. – Miriel popatrzyła z powątpiewaniem na moją „broń”.
- No to mamy przerąbane. – mruknęłam.

_________________
Becouse, realy, kill it with fire should be Your first reaction to a problem!

Zapraszam na mojego bloga: https://aurayablog.wordpress.com/


Góra
  Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 40 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4  Następna strona


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
cron
Copyrights © 2009 Topory
Powered by piechdesign.pl